decyzję o opuszczeniu Mastodona podjąłem już jakiś czas temu. nie jest to zatem nic nowego, nagłego.
założyłem konto na Masto w 2018 roku. wcześniej, zanim Fediverse jako ekosystem pojawił się na horyzoncie, spędziłem parę lat na quitter.se, pump.io i na diasporze*. wiedziałem zatem, czego się spodziewać, gdy zakładałem profil na chaos.social
minęło ładnych parę lat i czuję, że nadszedł czas, aby wypisać się z codziennego rytuału scrollingu.
nigdy nie byłem uciekinierem z faceshitów, czy innych twitterów, a zdecentralizowane i otwartoźródłowe social media były moimi pierwszymi.
nie popadam w nostalgiczny ton, pt.: “kiedyś to było”, że GNUSocial, quitter, czy diaspora* były autentycznie “kameralnymi” miejscami w necie, stanowiącymi jakiś tam zalążek alternatywnych sieci społecznościowych. owszem, tak było, niemniej głupio byłoby nie zauważać, że zmieniają się czasy, zmienia się internet, a wraz z nim, ludzkie przyzwyczajenia.
od Mastodona (podobnie jak od w/w sieci, których używałem wcześniej) nie oczekiwałem wiele. traktowałem i traktuję je stricte instrumentalnie, jak narzędzie pozyskiwania ciekawych informacji, czy jak słup ogłoszeniowy. nigdy nie było to dla mnie miejsce do zawiązywania interakcji, kolekcjonowania znajomych, czy tworzenia sobie protez znajomości, a przynajmniej nie to stanowiło priotytet.
oczywiście nie ukrywam, że poznałem na Masto sporo ciekawych ludzi, którzy mają coś do powiedzenia / pokazania, bez debilnego ciśnienia na lajki, boosty, zasięgi. ludzie ci, wraz ze swoimi zainteresowaniami, przecinają gdzieś tam w przestrzeni orbity moich zainteresowań i pasji. i to jest bardzo fajne — w tym konkretnym obszarze Mastodon doskonale spełnia swoją rolę, jako sieć, którą jeszcze można nazwać społecznościową.
nie będę tu pisał o strukturze Fediverse, o instancjach i ActivityPub, bo po cholerę wałkować temat po raz setny; dość powiedzieć, że bardzo sobie cenię ten ekosystem i zapewne dlatego zahaczyłem się na Masto tak długo.
oczy otwarte, czy zamknięte — bez pieprzonej różnicy. przez skołatany łeb przewalają się postrzępione zdania i akapity z Lema, Sontag, Kirkegaarda, Jelinek.
kawiarka bulgocze, gdy szpile zimnego powietrza wbijają się w kręgosłup; otwarte okno o piątej rano, jak niechciana akupunktura.
w tle szumi Vltava, ta radiowa — zjebane poranki wypełnione są szumami wszelakimi. mało urokliwymi, dochodzącymi z zakamarków, zza ścian, zza okna. codzienny syk, trzask, jęk, wydech...
smoła oblepia podniebienie i język. miło i gęsto. nikną we tej smole smaki wszelakie, świat niknie, na cztery spusty zatrzaśnięty.
w obawie przed matactwem, nie wypuszczają cię na zewnątrz, nie pozwalają na ławce w parku usiąść, przewietrzyć myślolabirynty. rzucasz więc kostkami i losujesz, co czytać.
na Gliwickiej żużlowe brzęczenie, powietrze w zastoju, a popołudniowy, duszny woal pozwala jedynie na półoddechy.
jeśli tylko możesz, ukryj się w knajpie z klimą, wypij mrożoną kawę, albo wodę z cytryną! — słyszę jej głos w słuchawce. głos pełen udawanej beztroski i zmęczenia. głos ledwo maskujący pretensje, że nie zostałem w domu, że nie będzie mnie na grillu z weekendowymi korpo-rewolucjonistami w nowiutkich koszulkach z lewackiej szmaty.
nie będzie mnie, bo mam zgagę od grillowanego kabaczka w marynacie. i wysypkę wkurwów od dywagacji obcych mi snobów poprzebieranych za klasę ludową (bo robotnicza nie przechodzi im przez gardła).
w tym szynku nigdy nie było takich wynalazków, jak mrożona kawa, ale sporo się tu zmieniło w ostatnich latach. piję półchciwie, żeby szybko nie osuszyć szklanki, a kostki lodu stukają o szkło.
w telewizorze pod sufitem transmisja tego samego żużlowego meczu, który odbywa się kilkaset metrów stąd. jest i klima. jest barmanka o bardzo ładnej, smutnej twarzy. są chopy wgapione w krążące na ekranie motocykle i wlewający w siebie tyskie.
pojadę dziś do Ostravy, na grób pana Ondřeja.
Ondřej malował widokówki i miniaturowe obrazki, które pokrywał bezbarwnym lakierem i rozdawał znajomym, a obcym sprzedawał za parę koron.
budynki walcowni, kopalniane szyby, kościoły i puste niedzielne ulice; ludzie mówili, że Ondřej namalował całe Vítkovice, a jego miniaturki wisiały w niejednej ostrawskiej hospodzie. ileż tych jego widokówek musiało wisieć na słomianych matach, w czechosłowackich domach, ile leży do dziś na strychach, w pudełkach po czekoladkach!
tekst pierwotnie ukazał się na mojej kapsułe Gemini:
gemini://nuclear.diy.net.pl
paradygmat “bycia w sieci”, jakkolwiek różnorodnie pojmowany, sprowadza się generalnie do (przemożnej) chęci pozostawianią własnych ślimaczych śladów na powierzchni internetu.
mniejsza o atencję, ekshibicjonizm i inne powody, dla których koniecznie chcemy w sieci być tak, aby choć garstka ludzi naszą bytność zauważyła...
nie jest to tekst o tym, jak opuścić faceshita, X, czy insta, bo big-tech chlewnia leży kompletnie poza obszarem mojego zainteresowania. chodzi o świadome ograniczenie pojawiania się w necie, również w obszarach FOSS. chodzi o totalną dekonstrukcję tego paradygmatu, gdzie właśnie nie atencja, lajki i zasięgi są jakimś celem, lecz przede wszystkim skupienie się na odbiorcach w danym gronie i nieśpieszne pielęgnowanie interakcji, bez ciśnienia i maksymalizacji narzędzi i treści.
takie podejście stoi raczej w sprzeczności z filozofią działania większości antisocial mediów (wliczając w to np. Mastodona); to PRZESYT natłokiem i ilością śmiecia w necie motywuje mnie do kroków w stronę “total minimal”.
cała chlewnia polityczna w PL, ramię w ramię, uskutecznia goebbelsowski show antyimigracyjny. od Tuska, przez całą tą żałosną koalicję, przez PiS, po nazioli z Konfy i spoza niej — wszyscy przykładają rękę do tego pieprzonego teatru kłamstwa, manipulacji, nienawiści i ksenofobii.
co bardziej “dociekliwi eksperci” będą ten ogrom faszystowskiej propagandy niuansować, stopniować, łagodzić i wpychać na chama w “ramy dyskursu”.
nic to jednak nie da.
znajdujemy się w przededniu fali antyimigranckich demonstracji w całej Polsce, organizowanych przez nacjonalistyczno-faszysyowskie tałatajstwo. tutaj nie ma miejsca na dyskusje, debaty, ujęcia polityczne i inne pierdololo; ta belkotliwa mielonka zapycha wszelkie Onety, TVNy, TVP, Polityki i inne mainstream-media.
znajdujemy się w miejscu, gdzie — jak w latach 90-tych XX wieku — należy masowo wyjść na ulice i fizycznie zatrzymać ten faszystowski pochód głupoty i nienawiści. raz na zawsze wypchnąć z przestrzeni publicznej ideologie pogardy dla drugiego człowieka i rasistowski bełkot!
Słów kilka o tym, jak poczuć się bezpieczniej w sieci i olać dyktat big techów
tekst mojego autorstwa, pierwotnie ukazał się w wersji papierowej w najnowszym numerze anarcho-punkowego zina Chaos w Mojej Głowie (#31, lato 2025)
Bezpieczeństwo i wolność w sieci to tematy intensywnie eksploatowane od dłuższego czasu. Są rozległe, wielowątkowe i w zdigitalizowanym świecie, dotykające coraz więcej obszarów prywatnego życia.
Ja chciałbym się skupić na naprawdę elementarnych kwestiach bezpieczeństwa i wolności w sieci, również w kontekście aktywności anarchistycznej. Tematyka jest bardzo rozległa, dlatego też ów tekst będzie wyłącznie małym przewodnikiem po tym, co można zmienić na własną rękę i na miarę własnych możliwości w swoich urządzeniach połączonych z internetem.
Dodam, że “do worka z bezpieczeństwem” wrzuciłem również temat porzucenia antisocial-mediów na rzecz wolnych i zdecentralizowanych rozwiązań funkcjonujących poza kontrolą big techów, rozwiązań, gdzie mamy kontrolę nad danymi i informacją, która nie jest towarem na sprzedaż.
Nie będę tracił Waszego cennego czasu na “porady” w stylu: jak zabezpieczyć WhatsAppa, jak zadbać o swojego Windowsa, etc. Jeżeli mamy poważnie potraktować temat zabezpieczenia siebie i swojego sprzętu w necie, musimy podjąć konkretne kroki i zmienić dotychczasowe przyzwyczajenia. Nie ma innej drogi. Warto jednak podkreślić, że zmiana w tej materii zaprocentuje i sami:e przekonacie się, że warto poświęcić trochę czasu, aby w maksymalny sposób odseparować się od oceanu gówna i śmiecia z internetu.
Jeszcze jedno — zaproponowane poniżej rozwiązania NIE zapewnią wam stuprocentowego bezpieczeństwa. W warunkach, nazwijmy je domowymi, zabezpieczenie na 100% nie istnieje i warto o tym pamiętać. Tutaj zapoznasz się ze swoistym BHP w necie i w kręgu wolnego — od wolności — oprogramowania.
poprzegryzać ścięgna, wgryźć się w ciało, uwolnić więzy i sto razy umrzeć, po stokroć przestać istnieć, na sto lat zniknąć.
tak trzeba, tak właśnie należy wkupić się w łaski nie-bycia.
za ścianą pęcznieją i mnożą się zwichrowane organizmy bez iskry stwórczej. przez pączkowanie, w nieładzie trwa wykwit profanum.
za ścianą ma miejsce proces życia-gnicia, wypluwania zawiesiny z tkanek i wycieków. wszyscy mówią, że to całkiem normalne. kiwają głowami ze zrozumieniem, rozpadają się i wsiąkają w lichą glebę. w byle jak wykopane doły, sześć stóp pod powierzchnią...
to samo skrzypienie. w ciasnej powietrznej bańce kilka wyuczonych ruchów — nic więcej. trwanie do pierwszego porannego pociągu, świszczącego w oddali o 4:20. trwanie do pierwszych ptasich treli. trwanie do antraktu.
dub i dym.
niebawem ten przyjemny, ożywczy chłód przestanie śmierdzieć tlącym się plastikiem. niebawem będzie czym oddychać, ale nie będzie komu zachrzęścić w męczącym kieracie: wdech-wydech. tak właśnie będzie — nie będzie komu...
:: zrób sam, nie marnuj jedzenia, pomagaj innym! DIY!
Przyszłość będzie nasza
Mimo wrogich krzyków
Bo my rośniemy tu
Niczym kwiaty na śmietniku
Więc jeśli masz już dosyć
Być trybem w tej maszynie
Uderz w politykę
Myślą, mową i uczynkiem!
DEZERTER — Uderz w politykę
punkowe życie jest fajne, wiadomix. może też być przy okazji oszczędne, świadome bezprecedensowego marnotrawstwa żywności i... kreatywne w walce z tą plagą...
poniżej kilka praktycznych wskazówek i sugestii, jakie mogą wam pomóc w codziennym gotowaniu i zdobywaniu jedzenia. jedne są oczywiste, inne nieco mniej – ważne w tym wszystkim jest to, by w miarę własnych możliwości ruszyć głową i samemu:ej ułatwiać życie sobie i innym!
widzisz? widzisz już?
w ścianach dziury po pięściach, w kartongipsie wkurw zaklęty. przez otwory bezsilność łypie, w gipsowej bieli wkładka z czarnych literek, jak mrowie rozsypanych pre-tekstów, jakie widziałem niegdyś w cieszyńskim muzeum...
w Śląsk duszony nocnym smogowyziewem, kartongipsowymi dziurami wypuszczam hiszpańskie Sin Dios. lecą, lecą anarchistyczne hałasy nad Gliwicami i Pyskowicami, a Lem siedzi w kącie na fotelu z Ikei, w czarnej, lichej okładce z komunistycznej kartonpulpy — bieda-wydania dla zgłodniałych wykładów Golema.