:: Ondřej

na Gliwickiej żużlowe brzęczenie, powietrze w zastoju, a popołudniowy, duszny woal pozwala jedynie na półoddechy. jeśli tylko możesz, ukryj się w knajpie z klimą, wypij mrożoną kawę, albo wodę z cytryną! — słyszę jej głos w słuchawce. głos pełen udawanej beztroski i zmęczenia. głos ledwo maskujący pretensje, że nie zostałem w domu, że nie będzie mnie na grillu z weekendowymi korpo-rewolucjonistami w nowiutkich koszulkach z lewackiej szmaty. nie będzie mnie, bo mam zgagę od grillowanego kabaczka w marynacie. i wysypkę wkurwów od dywagacji obcych mi snobów poprzebieranych za klasę ludową (bo robotnicza nie przechodzi im przez gardła).

w tym szynku nigdy nie było takich wynalazków, jak mrożona kawa, ale sporo się tu zmieniło w ostatnich latach. piję półchciwie, żeby szybko nie osuszyć szklanki, a kostki lodu stukają o szkło. w telewizorze pod sufitem transmisja tego samego żużlowego meczu, który odbywa się kilkaset metrów stąd. jest i klima. jest barmanka o bardzo ładnej, smutnej twarzy. są chopy wgapione w krążące na ekranie motocykle i wlewający w siebie tyskie.

pojadę dziś do Ostravy, na grób pana Ondřeja. Ondřej malował widokówki i miniaturowe obrazki, które pokrywał bezbarwnym lakierem i rozdawał znajomym, a obcym sprzedawał za parę koron. budynki walcowni, kopalniane szyby, kościoły i puste niedzielne ulice; ludzie mówili, że Ondřej namalował całe Vítkovice, a jego miniaturki wisiały w niejednej ostrawskiej hospodzie. ileż tych jego widokówek musiało wisieć na słomianych matach, w czechosłowackich domach, ile leży do dziś na strychach, w pudełkach po czekoladkach!

proszę jeszcze barmankę o parę kostek lodu do mojego termicznego kubka, zalewam je w kiblu kranówą i wychodzę na ten dziki skwar. ruszam w kierunku czeskiej granicy, nie spiesząc się — po cóż spieszyć się do zmarłego? puszczam UŽ JSME DOMA, uchylam okna, łapiąc nieco chłodniejsze podmuchy powietrza.

na tydzień przed śmiercią, pan Ondřej wsiadł w pociąg i wcześnie rano pojechał do Polski. namalował tam obrazek ze strzelistym szybem kopalni i niebem zasnutym czarnymi chmurami. wrócił wieczorem do Ostravy i dwa dni później pokrył obrazek lakierem. tego dnia nie dopił herbaty z rumem, którą zwykł sobie robić po obiedzie. na ulicy Lipovej słychać już było karetkę jadącą na sygnale. pan Ondřej zmarł na zawał, zanim dowieziono go do szpitala...

spojrzałem odruchowo na siedzenie obok. leżał tam obrazek pokryty bezbarwną warstwą lakieru, na odwrocie którego nieporadnym, koślawym pismem napisano: Katovice — Polsko

 

|discrust