najgorsza jest świadomość powtarzalności. rzucanie się głową w dół za każdym razem. rozbieg i destroy. to dewastująca łeb kombinacja, w której żeby było lepiej, musi być poniżająco, kurwa, źle.
zaopatrzony w dziesiątki “oszukańczych” mechanizmów obronnych, historii zastępczych, racjonalizacji karkołomnych, każdorazowo prowadzę z lekka nierówny “dialog” z bólem; “dialog” o tyle jałowy, że ból po prostu JEST. pojawia się i wwierca się w każdą jebaną tkankę i jest cokolwiek nieskory do prowadzenia dysput, nie wspominając o tym, że za nic ma staropolskie: wypierdalaj!. gadam więc do siebie, albo buduję naprędce sklecone rusztowania, aby utrzymać cały ten konstrukt w koślawej całości.
modulowane dźwięki emisji dolnowstęgowej. z daleka. odbite od ziemi i jonosfery, przemoczone od deszczu, pokiereszowane przez bliskie spotkania z budowlami metropolii... docierają do ucha. zniekształcone i ciche. prosto w tą pieprzoną pustkę.
z dnia na dzień wydłużają mi się spojrzenia w północny horyzont. ani to tęsknota, ani nostalgia. to obłędny, odbierający rozum magnetyzm. tak blisko bieguna. tak daleko od tego, co zwie się zwyczajowo światem. nieregularne kawałki lodu dryfują bezładnie – śmiertelny chłód na wyciągnięcie ręki. tak ciężko oderwać wzrok od tego pierdolonego horyzontu, jakby mroźna mgiełka unieruchamiała spojrzenie. czuję się zainfekowany tą pustką. trzymam radio w skostniałych dłoniach, myśląc jednocześnie o powrocie do ciepła.
w kałużach przegląda się szarość budynków, brył tracących obrys z każdym wietrznym poruszeniem się brei w zagłębieniach chodnika... pachnie przypomnianym bezkształtem, pachnie chłodem zeszłorocznym. dym z wędzonego Turnera wisi siną wstęgą, przytula się do szyby. książki śpią na parapecie. zimna kawa.
mikro-real kurczy się i drży, postrzępione dialogi z czytanej wczoraj powieści leżą po kątach, zdekompletowane, z powyłamywanymi kontekstami. Illvilja wypełza z głośników – lament zawinięty we wrzask.
[nie]spodziewane przebudzenie i Tricky + Martina Topley-Bird w najcieplejszej chyba płycie Tricky'ego: Maxinquaye... to dźwięki, z którymi pierwszy raz zetknąłem się, gdy w moim życiu trwało crust punkowe tsunami i słuchałem niemal wyłącznie rzygo-wrzasków. Tricky mnie jednak oczarował; ten nieoczywisty triphop z tradycyjnym, nieelektronicznym instrumentarium oraz same konstrukcje kawałków – bajka! utwór Hell Is Round The Corner mógłbym nucić zawsze i wszędzie, obudzony w środku nocy. jak dziś.
albo gdy się śmiejesz
najlepiej i najcieplej
albo gdy śpisz i przykrywam cię bluzą
pojawiasz się pomiędzy rzeczami i myślami
albo suniesz mi palcem po uchu
wraz z kwartetami smyczkowymi
a mi tak fchooj dobrze
albo jak mi znikasz w swoich sprawach
i brak ciebie mnie swędzi troszkę
albo gdy mrużysz oczy w czasie burzy
i mam cię w każdej kropelce deszczu
albo gdy kruszysz na stole robiąc kanapki
a ja ci rysuję gwiazdozbiory na plecach
wiesz jak
albo gdy skulona chcesz zniknąć
i znikam cię najmocniej jak się da
wiem jak
oleista maź ścieka z ołowianego nieba. poranek.
wilgoć wsiąknęła już wszędzie, gdzie się dało, wszystko wilgocią się stało. a gdzie wilgoć, tam i rozkład. wysokokaloryczny rozpad rozwieszony na brudnych wstęgach czasu. bez celebracji i bez kokieterii. żadnych spektakularnych preludiów, żadnej przedmowy – po prostu sycący rozkład materii organicznej.