poniżej fragment tego, co podcastowo subskrybuję i słucham na co dzień. wiele podcastów słucham wybiórczo, bez obserwowania i czekania na nowe odcinki. poza tym słucham też codziennie rozgłośni z Azji Środkowej i Dalekiego Wschodu (głównie po rosyjsku i angielsku), raczej omijając ostatnimi czasy wiadomości z Europy, a zwłaszcza z PL...
ocena gwiazdkowa, od 1 do 5...
wizualizowanie sobie tego, co przeszkadza i tego, co chce się z siebie wyrzucić, to jednocześnie oswajanie piekących momentów, po to właśnie, aby móc pozbawić je mocy. sprawstwa. kontroli nad nami.
splatać z cienkich nitek linę, na której bez cienia litości można powiesić każdą kreaturę dewastującą nam życie. zabić ból.
3/10
nasze linie papilarne nic nikomu nie mówią, nie zostawiamy śladów; w każdym motelu jedynie kilka oddechów i okruchy jedzenia. wyjeżdżamy o poranku, a przydrożny żwir chrzęści [nam] pod kołami.
jedziemy na zachodnie wybrzeże, wtopić się i zmienić skórę, zrzucić wylinki, patrząc w ocean...
potem północ obiecana i piękno Santiam State Forest; zamienimy się w zieleń Oregonu, znikniemy im wszystkim!
jesteśmy mniej ufni, niż kojoty ostrożnie podchodzące w naszym kierunku, gdy rozwaleni wieczorową porą na dalekich przedmieściach San Francisco, jemy przy niewielkim ognisku kolację. rzucasz im kawałek ciasta, a ja patrzę na twoje zakurzone dłonie i włosy. i uwielbiam cię taką, zmęczoną i spokojną. byle do następnego motelu, by pod prysznicem zmyć pył kolejnego dnia, leżeć nago pod ociężale obracającym się wiatrakiem, słuchając na AM lokalnej stacji z piosenkami tak zapomnianymi, jak miejsca, które zostawiliśmy za sobą.
w próżni zasnąć – w pełni się obudzić. z naręczem najpotrzebniejszych drobiazgów opuścić orbitę, se przejść na inną. niech asteroidy napierdalają dalej, szukając frajerskich ciał na kolizyjnych ścieżkach. ich sprawa.
niech pulsary wreszcie zaczną zasypiać snem zimowym, niech się zakopują w ściółce, niech przestaną kłuć w oczy stroboskopowymi igłami i przykryte liśćmi czekają na śnieg i hibernację.
po nocnych ulicach włóczą się jak strachy osierocone planety wytrącone z równowagi, bez słońc swoich, z gasnącymi flakami. trafiają na wysypisko planet, z budką stróża, który dojadając kanapkę, zdalnie otwiera bramę i wpuszcza kolejne planetarne zjawy.
просыпаешься и чувствуешь как будто вчера начинается седня. опять.
опиат.
|discrust
:: sam zrobię
świąd zewsząd. rozdrapałem se otoczenie wokół. w nieładzie książki z drgającymi rzędami liter, niemożliwymi do przeczytania, kakofonia dźwięków z kilku źródeł, rzeczy w rozjebie leżące się walające.
zatem tak to wygląda. tak to działa.
nie ma zaskoczenia – nie ma zagrożenia. adaptacja, to warunek sine qua non owocnych potyczek; uznać krańcowość za pole do przetrwania. oswoić to, co atakuje, zagłaskać, udusić i wyrzygać na końcu z ulgą.
zamrażam miejsca zapalne i poprawiam sobie poduszkę pod głową. za oknem cicha noc, gęsta noc. dzieje się zmęczenie i duszenie pluskiew. w ciemności dogorywa to mrowie wyczerpania i przytłoczenia. w słoikach. zebrane jak trofeum, jak stonka w dzieciństwie.
:: #3 [myśl i mowa] – NA KRÓTKO ★2 | nasze małe miejsca...
puściłem w sieć kolejny odcinek mojego podcastu [myśl i mowa]...
Moja krótka refleksja nt miejsc wybitnie naszych, miejsc ważnych, w których albo zakotwiczamy się, albo gromadzimy całkiem nowe i nowe podczas naszej wędrówki przez życie… … a gdzie jest Twoje miejsce? czym ono jest dla Ciebie?
ostrożnie słyszeć.
dostroić się. na początku cię wyszeptać. w głowie. poczuć pod palcami prędkość nurtu, zanurzyć całą dłoń, wreszcie zanurzyć się całkowicie.
jak sonar, odnaleźć cię i coraz bliżej, coraz bardziej uważnie – słuchać i słyszeć.
czuję twoje ruchy gdy płyniesz, czytam cię pomiędzy falami, wnikając sobie w nurt. sobie i tobie. dyfuzje przy kawie unoszą w powietrze drobinki kurzu skrzące się w słońcu.
(zawsze rozsuwasz zasłony. zawsze jest jasno).
nie trzeba nic więcej, aby odczytywać te oceany znaczeń. zburzyć tyle ścian, aby labirynt pozbawić jego istoty. wpuścić w tę przestrzeń tyle spokoju, ile potrzeba, aby nie kaleczyły cię krawędzie.