przy radiowej Dwójce sklejam ci skrzydła. naprawiam to, co rozszarpane i uszkodzone. pachnie kawą i mroźnym powietrzem. wygładzam tę lśniącą powierzchnię unoszącą cię ponad, abyś znowu mogła latać.
jutro rozprostujesz je w słońcu, a śnieżne drobinki osiądą ci na rzęsach i z uśmiechem wzbijesz się w górę.
nic więcej nie trzeba.
HATEBREED i SCHIZMA na słuchawkach... prostota, szczerość, wściekłość i hardcore najlepszej próby. oczyszczająca dawka energii, płomień wypalający sentymenty.
morza rozstępują się tylko w bajkach i w mętnych mitologiach. tu i teraz trzeba przeorać sobie ścieżkę własnymi wywrotkami i próbami utrzymania pionu. bez zbędnego pierdolenia ulatującego w przestrzeń niczyją, bez dmuchania w stronę chmur, ze śmieszną nadzieją ich rozproszenia. bez politowania godnych zlepków patykowatych oczekiwań. człowiek tym więcej widzi, im wyżej unosi głowę i im szerzej otwiera oczy; fantasmagorie pod powiekami puchną, ograniczają pole widzenia i czynią z nas ślepców.
poniżej znajdziesz informację dotyczącą mojej obecnej sytuacji zdrowotnej... nie zwykłem prosić o pomoc i jest to dla mnie mocno krępujące, ale niestety w chwili obecnej nie jestem w stanie sam udźwignąć ciężaru kosztów leczenia...
🔴 na dzień dzisiejszy mam możliwość gromadzenia środków wyłącznie przez paysafecard. doładowania paysafecard są dostępne online oraz w takich miejscach, jak Żabka, Lotto, ABC, Lotos i w wielu innych...
🔴 wystarczy, że w Żabce (czy innym punkcie) kupisz doładowanie paysafecard choćby za 20PLN czy 50PLN i prześlesz mi kod mailem – to już będzie dla mnie znacząca pomoc!
:: NapiGen – automatyczne generowanie napisów do filmów | Fundacja Technologie dla Ludzi
jakiś czas temu, dzięki uprzejmości Fundacji Technologie dla Ludzi (dalej: FTdL), zostałem ambasadorem projektu automatycznego generowania napisów do filmów. miły gest, aczkolwiek nie o gesty tu idzie, ale o użyteczność i znaczenie owego projektu dla wielu osób, o których tak często zapominamy podczas codziennego grzebania w necie.
za siedmioma górami wiosna
za siedmioma lasami bezból
puszczamy sobie Tujiko Noriko wieczorem
i świat opada bezpiecznie w dół
za siedmioma cyklami cicho
za siedmioma burzami spokój
śpij.
staram się nie poruszyć, aby cię nie obudzić. pod moimi palcami pulsuje miarowo twoja skroń, pulsuje ostrymi, zdradliwymi graniami i cyklonami podłymi, gorzkim posmakiem dezorientacji i zimnym strachem. z każdym oddechem opuszczają cię te złe mary, niechciane pijawki wysysające siły i syczące złowrogo obce lamenty... nasze dłonie w splocie ciepłym, fioletowym. śpij.
rankiem rój drobiazgów wokół. kawa, dotknięcie palcami twoich palców, gdy przechodzę obok, gryzek kanapki od ciebie, nucenie melodii z radia, gadanina codzienna, prozaika rzeczy małych i zwyczajnych. gest. bliskość. słowo. tak się robi więź, tak się składa to, czego w chwilach wieczornych uniesień wszelakich nie sposób ubrać w semantykę. tak się robi ciepło.
jakoś wyjątkowo pozytywnie uruchamia mnie ten kawałek Livstid, a niczego nie potrzebuję teraz tak bardzo, jak właśnie pierdolnięcia solidnym kawałkiem dobrej energii. crust i wrzask. jest dobrze.
a w nocy, przez maleńką szparę pomiędzy drzwiami pokoju, a progiem, suną w zygzakowatych rzędach maleńkie czarne pancerzyki. pozostawiają za sobą lekko pomarańczowe, fluorescencyjne nitki, czasem przecinające się ze sobą, czasem z chaotycznymi odnogami donikąd. nikt nie wie skąd i dokąd prowadzą owe mikro-ścieżki. wątpliwe nawet czy ktoś je zauważa. w każdym razie na granicy dnia i nocy cała podłoga lśni pomarańczową pajęczyną. wędrówki pancerzyków kończą się jeszcze przed nastaniem świtu. gdy śpisz, gdy nic cię nie obchodzi, gdy cię nie ma, dzieją się rzeczy, których nie dostrzeżesz.
w ciągłych cyklach dzienno-nocnych ta dziwaczna procesja powtarza się setki razy. może są to opowieści, pozbawione ludzkiej artykulacji historie pełzające po drewnianej podłodze. cholera wie.
trzeba to wszystko rozdrapać, w szaleństwie, w bezsilnym wkurwie.
nie ma nawet jak wpatrywać się w horyzonty i inne orientacyjne znaki, gdy przez szklistą taflę widać tylko czarne grudy lepkiej ziemi, jeden wielki strup. nie masz, kurwa, dokąd pójść...
w zmęczonej głowie ogłupiająca litania do ciszy i spokoju. powtarzana bez końca, bez początku, bez sensu. dialog ze strzępami samego siebie, dialog ze ścianą, słowa wymiętoszone, zużyte, gówno warte. niczemu nie nadasz sensu, gdy wszystko wokół się trzęsie, rozsypuje, przewraca.
noce rozciągnięte w lata, niekończące się atrapy słów wypadające z głowy, ze spierzchniętych ust, walające się na podłodze. nie ma nawet po co rozglądać się wokół. nie ma żadnego wokół.
nie chadzam 1 listopada na cmentarze. to nie ma najmniejszego sensu. celebracja tego dnia w wydaniu katolickim jest dla mnie totalnie pozbawiona refleksyjności i na nic zdadzą się tutaj bełkoty o “zadumie nad przemijaniem” i “wspominanie tych, którzy odeszli”. w naszym kręgu kulturowym paszą metafizyczną w takich dniach jest hodowany z upodobaniem i rozkoszą lęk przed śmiercią, a nie namysł nad nią, jako nad immanentną częścią życia.
mój ateizm nie ma tutaj absolutnie nic do rzeczy. nie mam zamiaru nim epatować na niekorzyść katolickiej, stadnej kotłowaniny cmentarnej w oparach śmierdzącego wosku i sztucznych chryzantem. cały śmietnik po “tym dniu” wygląda dostatecznie smutno, by pastwić się niejako obok szczątków ludzi już zmarłych. niech chociaż pamięć o nich jest wolna od ludycznych, zbiorowych ruchawek.