discrust

Reader

Read the latest posts from discrust.

from ★ discrust|blog ★

:: acta, non verba

przećpałem się słowami, zatrułem się słowną pulpą. rzygam krwią i pojedynczymi ścięgnami, niestrawnymi spójnikami. ostre diakrytyki, jak ości, wbijają się w przełyk.

to, co jeszcze zostało w głowie, kotłuje się bezładnie, gubiąc wcześniejszy szyk i elegancję. swobodnie płynące wstęgi zdań zamieniają się w pętle, zaciskają się coraz mocniej i nie pozwalają oddychać. wypluwam pojedyncze kolce-przecinki, które niegdyś w uroczym ładzie oddzielały poszczególne sentencje, ledwo uchwytne subtelności i meandrujące opowieści możliwe do złapania tylko w tej specyficznej atmosferze zakołysania. teraz kołysze się wszystko wokół, w rytm dławienia się i wypluwania tego, co jeszcze pozostało. historie z opóźnionym rozkładem. kwaśne pejzaże, rozdrobnione i trudne do rozpoznania ścieżki; ze zdziwieniem patrzę na to, co zwracam...

 
Czytaj dalej...

from ★ discrust|blog ★

:: alokacje

pisanie, to raczej jakiś rodzaj tąpnięcia, splątania; artykułowanie nieuporządkowanych sekwencji, grzebanie w chaosie. pisanie od niczego nie wyzwala, ani nie daje ulgi. nie jest również pieprzoną golgotą, czy teatralnym uprawianiem samobiczowania słowem — patosu w tym ni grama. pisanie, to nic przyjemnego, bo niby dlaczego te z lekka zagłaskane i pozornie uczesane akapity miałyby przynosić cokolwiek kojącego? skąd ten idiotyczny pomysł? kto to wymyślił? nawet jeśli jakaś historia przybierze kształt obły i pozbawiony drzazg, wypełniona jest nieprzyjemnym drżeniem, rozdygotaniem będącym immanentną cechą tworów kruchych i efemerycznych.

to nieznośne splątanie stanowi paliwo i tworzywo jednocześnie. nawet najbardziej subtelne obrazy esencjonalnie wywodzą się z gąszczu, z szoku, z chybotliwych słownych kaskad. dlatego tak często spada niebo, urywają się ze smyczy wichury, szlag trafia ledwie uchwytne nitki zapachów; wszystkie te lekko unoszące się narracje i łagodne dźwięki mają to do siebie, że podszyte są grubą warstwą antydesygnatów. nie ma w tym jakiejkolwiek żelaznej prawidłowości, żadne prawa nie rządzą słownymi puzzlami. wystarczy potknąć się o kilka wspomnień, zachłysnąć się symfonią Dvořáka, spaść prosto w kolczaste objęcia prozy Bernharda, czy na chwilę zgubić się w gwarze dziwacznych postaci Angeli Carter. czasem wystarczy tylko patrzeć, jak zdycha to specyficzne uniesienie, jak gasną po kolei wszystkie świetlówki, jak chłód wysysa każdą jedną ciepłą myśl.

jedyny snop światła, jaki dociera do wnętrza, to tylko latarnia uliczna. wszystko wokół przykryte jest białymi prześcieradłami; kształty zdradzają częściowo, co może znajdować się pod tymi widmowymi nakryciami. noc już dawno połknęła ulicę wraz z domem; wszystko ma jakieś nakrycie, jakąś płachtę, pod którą nie zajrzysz, której nie zrzucisz. za późno.

widzę cię tylko w bladym zarysie. tylko majaczący, mglisty kształt, oświetlony jednym snopem, jak na więziennym spacerniaku: nie twoje światło, nie moje miejsce.

 
Czytaj dalej...

from ★ discrust|blog ★

:: załamanie z przemieszczeniem

plecami do morza. na północ, na wschód. w plecaku wymęczone kilka miesięcy włóczęgi wzdłuż wybrzeża. załamanie z przemieszczeniem.

macham już jakąś godzinę na żwirowej zatoczce. kilkanaście metrów za mną, pod biało-niebieskim parasolem siedzi kompletnie znudzony facet z ostatnimi arbuzami na sprzedaż; owoce wyglądają żywiej od niego. wreszcie ktoś się zatrzymuje... młoda dziewczyna z czarnymi, upiętymi w koński ogon włosami. w samochodzie pachnie chemiczną cytryną, niemal tak samo jak w kiblu na jednej ze słoweńskich stacji benzynowych parę tygodni temu. przedstawiam się. ona też – Sanja. potem zwyczajowy strzęp ciszy, jak to między obcymi. Sanja uderza palcami w kierownicę, wystukując rytm jakiegoś brutalnego chorwackiego dance-hitu z radia. mijamy jeszcze dwóch samotników z arbuzami na poboczu. zaraz wyjedziemy poza miasteczko...

— dokąd jedziesz? — pyta mnie, odrywając na moment wzrok od drogi. ma brązowe oczy i kolczyk w lewej brwi. — nie wiem. — odpowiadam — może do Serbii. — do Serbii?! – Sanja wykrzywia kwaśno twarz i patrzy na mnie, jakby chciała powiedzieć: kto z własnej woli wpierdala się w szambo?! — noooo, albo z powrotem do Polski — mówię zmęczony (lekko podskakujący na nierównym asfalcie samochód i monotonny widok pól na horyzoncie, to murowany sposób na szybkie, bezczelne zaśnięcie). — nigdy nie byłam w Polsce — rzuca dziewczyna, patrząc już przed siebie. — wpadnij kiedyś, też mamy morze — nic mądrzejszego nie przyszło mi do skołatanego łba. — ale na pewno nie takie ładne, jak nasze — Sanja trochę przekrzykuje dance-miazgę z radia i mruga do mnie jednym okiem, uśmiechając się. — to polskie jest zimne — mówię i odwzajemniam uśmiech.

Sanja sięga po paczkę Yorków i zapalniczkę. wyjmuje jednego papierosa. ma krótkie, pomalowane na czarno paznokcie z odpadającym tu i ówdzie lakierem. urokliwe niedbalstwo. — palisz? — kieruje paczkę w moją stronę. — tak... — grzebię odruchowo w kieszeni — mam swoje, dzięki! wyjmuję paczkę tytoniu i skręcam fajkę. palimy, a ja ostatkiem sił próbuję nie zasnąć i szukam na horyzoncie czegokolwiek charakterystycznego, łamiącego monotonię; słup wysokiego napięcia, dziwna betonowa wieża w oddali pośród pól, chmura w kształcie atomowego grzyba... — mieszkasz gdzieś tutaj w pobliżu? — zagaduję, mając nadzieję, że rozmowa choć trochę otworzy mi oczy. uchylam też bardziej okno, żeby wiatr owiewał mi intensywniej zmęczoną gębę. — trzydzieści kilometrów stąd — odpowiada Sanja i wywala niedopałek przez okno, a snop iskier niczym miniatura warkocza komety ucieka i gaśnie. — teraz jadę do mamy — ciągnie dalej. — rozumiem — mówię i czuję, jak zmęczenie wgniata mnie w ten wygodny fotel. mógłbym tak jechać całą noc... — będę cię musiała wysadzić niebawem. — nie ma sprawy! i tak bardzo mi pomogłaś. — nie żartuj, to tylko parę kilometrów. — ale zawsze coś.

— wiesz już gdzie pojedziesz? — nie wiem...

posmak domowego calvadosu tworzy wkurwiającą lepkość na podniebieniu. mam jeszcze piersiówkę tego mocnego cholerstwa kupionego w Puli.

— czasem się trzeba zatrzymać i usiąść na chwilę, tuż przed podróżą. żeby to wszystko się uspokoiło i ułożyło — mówi Sanja i jednocześnie pokazuje palcem ku górze, ku niebu. — jest taki zwyczaj na Syberii — odpowiadam — ludzie przed każdą podróżą przysiadają na chwilę, dosłownie na minutę. podobno to daje potrzebny spokój przed drogą. — skąd o tym wiesz? — pyta dziewczyna — moja babcia pochodziła z Chabarowska, wiesz? — uśmiecha się szeroko. — od znajomych z Irkucka — mówię. — tu zaraz będę cię musiała zostawić. nie wiem, kto na tym zadupiu zabierze cię dalej — Sanja odpala kolejnego papierosa. — spokojnie, dam sobie radę — rzucam automatycznie.

zwalniamy, a dziewczyna delikatnie zjeżdża na poszerzające się pobocze, które zamienia się w mały, kamienisty parking ze stojącymi trzema samochodami. tuż obok sfatygowane ogrodzenie z siatki, porośnięte chaszczami i nie koszoną trawą. tu i tam walają się plastiki po piwie (Karlovačko) i puste pudełka po fajkach. zza ogrodzenia wyłaniają się stare krzyże. prawosławne. koślawo wbite w ziemię na mogiłach porośniętych trawą. — cmentarz? — pytam bez sensu. — mama umarła wiele lat temu — uśmiech na twarzy Sanji gaśnie, głos nieco cichnie. dziewczyna wyłącza radio. — przykro mi — rzucam. — wszystko ok — mówi Sanja i zaciąga się głęboko. dym wypełnia samochód i szuka ujścia przez uchylone okno. — była prawosławna. u nas wszystko pojebane. w rodzinie i w kraju — delikatny uśmiech pojawia się na jej twarzy. milczę i gapię się w te krzywo stojące krzyże... — cóż, bardzo ci dziękuję za podwiezienie, Sanja! — łapię za plecak, który trzymałem między nogami — pewnie zaraz coś złapię przed zachodem słońca. — optymista! — Sanja się śmieje — trzymaj się, Luka! powodzenia! — salutuje mi na pożegnanie.

wysiadamy z samochodu. ona zostawia otwarte auto i idzie w stronę dziury w cmentarnym płocie. ja odwracam się. kładę plecak na ziemi i wbijam wzrok w pustą drogę. słychać tylko ptaki i świerszcze. mijają mnie może cztery samochody, w tym jedna ciężarówka na rumuńskich blachach. żaden się nie zatrzymuje. ten zastój wokół sprawia, że siadam po turecku na zakurzonym poboczu i wyjmuję z plecaka małe radio na baterie. szukam czegoś znośnego na średnich falach, bo dyskotekowe rytmy bałkańskie gwałcą mi łeb na wylot od tak dawna! rzygam tym. udaje mi się złapać jakąś klasykę. po chwili rozpoznaję. Rachmaninow. sięgam do wewnętrznej kieszeni kamizelki i wyciągam piersiówkę z ciepłym calvadosem. robię małego łyka i wykręca mi gębę. kto normalny pije 65-procentowy calvados o temperaturze zupy? robię drugi łyk. już jest lepiej...

czasem się trzeba zatrzymać i usiąść na chwilę...

siedzę. moje na chwilę wydłuża się jak dawno pozbawiona smaku guma balonowa, którą nawija się na brudny palec i wsadza z powrotem do ust. zasypiam na siedząco. flaki przyjemnie ogrzane mocnym alkoholem. dym z papierosa snuje się smętnie wokół mnie. zero wiatru, zero bryzy, zero pojęcia, gdzie jechać dalej. prędzej zamieszkam na tym pobliskim cmentarzu, niż ktoś się tu zatrzyma — myśli rwą mi się w głowie jak bibuła. nie wiem jak długo tam siedzę. w międzyczasie nie przejeżdża ani jedno auto. świerszcze mnie usypiają, słońce zsuwa się coraz niżej. chorwackie niebo zaczyna się delikatnie chmurzyć...

z letargu wybudza mnie szturchanie. — a nie mówiłam? zadupie! odwracam się, a nade mną stoi Sanja i śmieje się szeroko. oczy ma zapłakane. — na pewno się ktoś wreszcie zatrzyma — mówię bez przekonania. Sanja patrzy na mnie tymi brązowymi oczyma i kuca obok mnie. bierze z mojej reki piersiówkę, wącha zawartość i robi sporego łyka. — dobre! — mówi na wdechu i oddaje mi butelkę. — prowadzisz — spoglądam na nią. — chuj z tym — uśmiecha się i znowu bierze ode mnie calvados.

— oby cię ktoś zabrał, bo pewnie niebawem lunie! niebo jest prawie fioletowe! — Sanja wyciągnęła rękę, a ja ją uścisnąłem, patrząc na jej odrapany, czarny lakier... pożegnaliśmy się, a ona wsiadła do samochodu. zatrąbiła mi jeszcze i pomachała przez okno. patrzyłem jak czerwone światła nikną za zakrętem. zawiesiłem wzrok właśnie w tym miejscu, czekając obojętnie, aż cokolwiek nadjedzie z tamtej strony. calvados przyjemnie kołysał ten rozjeb w głowie, te wióry rozdmuchiwane nasilającym się wiatrem... będzie burza.

zza zakrętu wyłoniły się dwa wielkie halogenowe ślepia i usłyszałem charakterystyczne buczenie diesla. jasne, oślepiające światło i zbliżająca się z hukiem ciężarówka... nareszcie coś jedzie! schowałem szybko piersiówkę do kieszeni i równie energicznie próbowałem wstać, by machnąć na kierowcę. światła były coraz bliżej, a ja zachwiałem się, próbując w ostatniej chwili złapać się plecaka, jakby to było koło ratunkowe. straciłem równowagę i w jednej sekundzie przewrócił mi się świat.

czasem się trzeba zatrzymać...

··· podkład muzyczny: Äpärät, Distaste, Feastem, The Arson Project

 
Czytaj dalej...

from ★ discrust|blog ★

:: zanik

mówisz, że tamten Žižkov pozostawił po sobie jeszcze parę miejsc, po których włóczyliśmy się bez końca, miast gnieść się w sobotnich, nocnych tramwajach. pytanie, czy wrócę jest nie na miejscu. nie ma miejsca — nie ma pytania. wysłane książki mimo wszystko pachną mi miastem, squatem, rzeką...

wieczorami wsiadam w pociąg, bo tylko tam te historie wypełzają powoli, w rytm stukotu kół. tylko tam zacieki na oknach wagonów stanowią integralną część pejzażu; to nie brud. wysiadka na pustym peronie, skąpanym w deszczu i nocnej wilgoci. długaśne jęzory lamp liżą trakcję i beton. miasto w mroku. nikt nie czeka. ja też nie czekam... połączone byle jak miedzianym drutem, wydarzenia zaszłe i niezaszłe, nie pasujące do siebie kawałki materii trzeszczące na liniach styku. stare ślady po taśmie klejącej, po jakoś-to-będzie. próchnieje to wszystko w deszczu, wygrzewa się w słońcu i znowu pęcznieje pośród wilgotnych nocy. zmęczenie materiału. syczy wściekle przegrzana aparatura do nocnego przypiekania tkanek, smród oblepia wszystko wokół, zapiera dech. i tak, na permanentnym wdechu, dusząc się oparami-zwidami, wpadam pod pociąg, pod stukot, pod świst.

bezsen miesza w tej plątaninie powidoków i dźwięków. każdy krok jak piekące smagnięcie, każdy krok — dalej i dalej od nadmorskich, ciepłych burz.

··· podkład muzyczny: Dissekerad, Meanwhile, Verdict, Ääritila

 
Czytaj dalej...

from ★ discrust|recenzje ★

:: Małgorzata Malińska – Kobieta i rodzina w Egipcie i Sudanie. O kobiecości, seksualności i płodności

Książka Małgorzaty Malińskiej, to doskonała praca antropologiczna bazująca na jej osobistych badaniach terenowych, rzetelnych, dokładnych i uczestniczących (Autorka, kierując się metodyką Malinowskiego, prowadzi swoje badania wewnątrz społeczności, którą bada. Wraz z mieszkankami nubijskich wiosek śpi, je, uczestniczy w codziennym życiu...).

Malińska kilka razy odwiedziła nubijskie społeczności w południowym Egipcie i północnym Sudanie, badając je pod kątem warunków życia kobiet, ich pozycji w nubijskiej strukturze konserwatywnego islamu, ich codziennych trosk, zdrowotnych i egzystencjalnych konsekwencji powszechnej praktyki obrzezania kobiet. Autorka szczegółowo opisuje też codzienność Nubijek, hierarchię wewnątrz rodziny i wioski, ich życie seksualne, kobiece troski, ich ból, wstyd, radości...

Książka nie jest łatwą lekturą, albowiem w detalach opisuje te elementy codzienności nubijskich plemion, które w najbardziej opresyjny sposób uderzają w kobiety, ingerują w ich życie na wszystkich płaszczyznach, od najmłodszych lat. Stygmatyzacja płci żeńskiej niejako na starcie, charakteryzuje nubijskie społeczności, w których — jak w wielu islamskich kulturach lokalnych — “islam koranowy” jest ściśle spleciony z całym mnóstwem lokalnych tradycji i zwyczajów, które sytuują kobietę zawsze w niższej pozycji wobec mężczyzn.

Szczególnie trudnymi fragmentami tej książki są opisy infibulacji, czyli kobiecego obrzezania (wśród Nubijek najczęściej w “wersji faraońskiej”, najbardziej drastycznej, najgłębiej ingerującej w narządy płciowe); Autorka była obserwatorką tych “zabiegów” i nie da się nie wyczuć ogromnego ciężaru emocjonalnego takiego uczestnictwa. Infibulacja głęboko zakorzeniona w nubijskich społecznościach, jest uważana przez kobiety (i mężczyzn) za warunek konieczny szczęścia i powodzenia kobiety w jej życiu małżeńskim, seksualnym i rodzinnym, mimo że — jak bardzo dokładnie opisuje Malińska — obrzezanie jest tak naprawdę źródłem nie tylko potwornego bólu, cierpienia, ale i fizycznych dolegliwości w ciągu całego życia kobiety (warto dodać, że Nubijki po obrzezaniu są “zaszywane” aż do momentu defloracji, tuż po ślubie, po czym “rozrywane” i ponownie “zszywane” podczas każdych narodzin dziecka — i tak przez całe życie).

Książka opisuje również skomplikowane zależności związane z zaręczynami, przygotowaniami do ślubu, poszukiwaniem kandydata / kandydatki na męża / żonę, czy kwestie majątkowe. Malińska świetnie pokazuje nam nubijskie społeczności od środka, stara się wydobyć z Nubijek to, co tkwi w nich najgłębiej; po rozpoczęciu lektury, szybko orientujemy się, że życie kobiet w tych społecznościach to pasmo udręk, wysiłków, bólu, a radość, uśmiech i ciepło zawsze naznaczone są goryczą surowych zasad zwyczajowych i religijnych (choć Autorka przytacza szereg przykładów na to, że nawet spora część przywódców religijnych w Egipcie i Sudanie wydaje fatwy zakazujące praktyki obrzezania i innych opresyjnych zachowań wobec kobiet).

Kobieta i rodzina w Egipcie... ukazuje nam także małe przyjemności kobiece, ich potworną cierpliwość i wytrzymałość w ciężkich warunkach patriarchalnej struktury społecznej. To lektura trudna i przygnębiająca, ale absolutnie konieczna, jeśli cenimy rzetelne badania antropologiczne poparte bogatym materiałem terenowym oraz przytaczanymi badaniami innych antropologów i antropolożek zajmujących się tą częścią Afryki.

Trzeba przeczytać!

 
Czytaj dalej...

from ★ discrust|recenzje ★

:: Julia Lovell — Maoizm. Historia globalna

Maoizm. Historia globalna, to praca kompleksowa, szczegółowa, w większości obszarów tyczących się maoizmu jako takiego, bardzo rzetelnie i z detalami opisująca zarówno kwestie ideologiczne, jak realne, polityczne wydarzenia inspirowane maoizmem.

Julia Lovell poświęciła sporo energii, aby ująć maoizm w wielu aspektach: od historii samej KPCh (Komunistyczna Partia Chin) i kształtowania się “myśli Mao” jako wiodącej i naczelnej w ideowym przesłaniu chińskich komunistów, poprzez czynienie z maoizmu eksportowej myśli politycznej, atrakcyjnej głównie dla krajów dopiero co zdekolonizowanych, bądź walczących o niepodległość polityczną i ekonomiczną, przez wpływ jaki maoizm wywarł na rewoltę '68 w U$A i Europie Zachodniej (stając się inspiracją m.in. dla Czarnych Panter, Czerwonych Brygad, Frakcji Czerwonej Armii, bojowników palestyńskich i nie tylko), po szczegółowy opis rewolucyjnych aktów, zrywów i wojen prowadzonych z czerwoną książeczką Mao, jako przewodnikiem (Wietnam, Kambodża, Malezja, Peru, Nepal, Indie...).

Książka nie jest politycznym podręcznikiem, jest głęboką analizą maoistowskich idei i ich wpływu na losy wielu narodów i grup społecznych w XX wieku.

Jak sama Autorka podkreśla we Wstępie, jej praca nie wyczerpuje tematu, ale w znaczący sposób przyczynia się do zgłębienia badań nad maoizmem, jego specyfiką, jego sprzecznościami i implikacjami tychże: konfliktów narodowo-plemiennych, głodu i terroru na niewyobrażalną dotąd skalę, na zamordystyczny charakter maoistowskich struktur partyjnych i kreowaniu fanatycznego oddania Mao i jego koncepcjom, jakże często wewnętrznie sprzecznym, bądź ewidentnie kolidującym z realiami w wielu miejscach na świecie, gdzie maoizm był realną siłą polityczno-rewolucyjną, gdzie poczynił najwięcej szkód, zbrodni i nieszczęść.

Lowell umiejętnie ukazuje kulturową złożoność np. społeczeństwa Peru, Malezji, Nepalu czy państw afrykańskich, zestawiając z tym maoizm, jako polityczną siłę, która realnie wpływała na polityczną sytuację w w/w miejscach, uwzględniając ortodoksyjną, niewolniczą wierność maoistowskim koncepcjom, bez zwracania uwagi na specyfikę kulturowo-polityczną — zawsze różną, w różnych miejscach na świecie.

Książkę warto przeczytać, jeśli ktoś interesuje się Chinami, również współczesnymi, albowiem Autorka słusznie zauważa, że Chiny z Xi Jinpingiem u sterów władzy absolutnej, świadomie powracają do pewnych maoistowskich wzorców, emanujących z różnych źródeł propagandowych, pod ścisłą kontrolą partii. Maoizm... jest również interesujący z historycznego punktu widzenia. Polecam!

 
Czytaj dalej...

from ★moje leczenie★

:: opatrunki wysokochłonne | korporacyjna pazerność

z racji wycieku limfy z otwartej rany, muszę korzystać z wysokochłonnych opatrunków, które pochłaniają płyn limfatyczny i pozwalają choć w minimalnym stopniu funkcjonować normalnie (poruszać się z opatrunkiem bez zostawiania kałuż za sobą...). rekomendacją w moim przypadku (ze strony mojej doktor, specjalistki od trudno gojących się ran) są opatrunki ConvaMax Superabsorber (na zdjęciach powyżej), które bardzo dobrze spełniają swoją rolę, ale niestety ich cena jest po prostu faszystowska.

jeden opatrunek ConvaMax 20x40cm kosztuje w aptekach 90-100PLN, refundowany: 27PLN. w moim wypadku na jeden opatrunek potrzebuję dwóch takich ConvaMaxów. zmieniam opatrunek dwa razy dziennie, zatem dziennie wykorzystywałbym 4 sztuki (120PLN)...

opatrunki te są produkowane, rzecz oczywista, w Chinach i być może materiał absorbujący ciecze z mokrych ran jest wysokiej jakości, ale w codziennej “praktyce opatrunkowej” widzę, że 4-5krotnie tańsze opatrunki wysokochłonne (jak np. te widoczne na zdjęciu w poprzednim wpisie) spełniają swoją rolę niemal w tym samym stopniu, co ta drożyzna.

oczywiście nie będę używał ConvaMaxów; kupiłem jeden na próbę i powiem, że są one o 10-15% bardziej chłonne, aniżeli standardowe opatrunki tego typu. 120PLN dziennie za kawałek chłonnego materiału, to pieprzona aberracja korporacji produkujących materiały opatrunkowe. jest to stała praktyka w zaklętym kole: producent → hurtownik → apteka. omijanie szerokim łukiem tej ostatniej jest jedynym sposobem na relatywnie “tanie” pozyskanie opatrunków. przykład: plastry antybakteryjne Bactigras (10 sztuk w paczce, 20x15cm) kosztują na Allegro ok. 50-60PLN, podczas gdy w aptece ten sam plaster kosztuje 70PLN, tyle że płacimy za 10 sztuk plastra 10x10cm (sic!)...

pozostaję przy dotychczasowych opatrunkach AB Kompres i Viwazell. są mniej chłonne, ale znacząco tańsze i spełniają swoją rolę w 70-80%.

 
Czytaj dalej...

from ★moje leczenie★

:: nowy etap leczenia

tak, jak planowałem wcześniej, rozpocząłem nowy etap w leczeniu nogi. również dzięki Wszej pomocy, za co serdecznie wszystkim dziękuję! jestem pod opieką doktor specjalizującej się w leczeniu trudno gojących się ran z wyciekiem płynu limfatycznego, w jednym z centrów medycznych w Krakowie. leczę się prywatnie, albowiem nie mam jakichkolwiek szans na leczenie od zaraz w ramach NFZ – jak można się domyślać, kolejki do specjalistów są kilometrowe, a terminy z kosmosu...

moje leczenie obecnie poleca z grubsza na stosowaniu opatrunków kompresyjnych, które lecząc ranę, jednocześnie uciskają obszar obrzęku limfatycznego w celu “zmuszenia go” do wchłaniania się i w efekcie do jego zaniku. wtedy uporam się z permanentnym wyciekiem limfy, co stanowi – obok bólu samej rany – główny problem w moim zdrowieniu.

obecnie stosuję zastępcze opatrunki chłonne (na zdjęciu powyżej), gromadząc środki na opatrunki zalecane przez lekarza. są to: Zetuvit Plus lub Convamax Superabsorbent. to bardzo wydajne, wysokochłonne opatrunki na rany mokre, z takim wyciekiem jak w moim przypadku. niestety są one drogie i maksymalnie mobilizuję się, aby pozyskać środki na ich zakup. jednocześnie, bezpośrednio na ranę, każdorazowo stosuję plastry antybakteryjne Bactigras gwarantujące utrzymanie gojącej się rany w czystości. mam nieco ograniczoną możliwość stosowania podobnych plastrów, z uwagi na fakt, że wystąpiła u mnie reakcja alergiczna na preparaty i plastry ze srebrem w składzie... dodatkowo, każdy opatrunek, to środki odkażające ranę (jak np. Microdacyn – na zdjęciu powyżej), bandaże elastyczne, gazy jałowe.

jeżeli jesteście w stanie pomóc mi w zdrowieniu, będę Wam wszystkim kolosalnie wdzięczny! w linku poniżej znajdują się wszelkie informacje.

z góry wszystkim bardzo dziękuję!

jak możesz mi pomóc?

 
Czytaj dalej...

from ★moje leczenie★

dzięki Waszej pomocy mogę zaopatrywać się w środki opatrunkowe i lecznicze, których potrzebuję naprawdę dużo. w ich skład wchodzą m.in.: bandaże, gazy jałowe i niejałowe, podkłady pod gips (wykorzystywane jako dodatkowa warstwa chłonna – moja rana ma charakter wyciekowy), poduszki chłonne, plastry chłonne, plastry antybakteryjne (obecnie jest to Bactigras w wariancie 15cm x 20 cm)...

oprócz tego rozpocząłem prywatne leczenie u specjalisty w Krakowie – o postępach leczenia będę informował na bieżąco.

 
Czytaj dalej...

from ★ discrust|recenzje ★

:: Hervé Le Tellier – Anomalia

Anomalia, to chytrze napisana książka. Gdybym chciał być złośliwy, powiedziałbym, że to również cwaniacko napisana powieść. Nie będę jednak złośliwy, bo Hervé Le Tellier popełnił solidny kawałek prozy na miarę naszych czasów... Obserwując to, co dzieje się na rynku wydawniczym, nietrudno odnieść wrażenie, że wydawnictwa dwoją się i troją, by przyciągnąć czytelnika do swoich, ekhm... produktów. Efekty tegoż widać na półkach empików i innych księgarń. Oczy krwawią, gdy patrzymy na półki z bestsellerami; czytadła wciskane jako arcydzieła. Na tym bezlitosnym rynku trzeba się mocno napocić, aby wypromować DOBRĄ książkę. Hervé Le Tellier w dużej mierze wyręczył swojego wydawcę, albowiem napisał książkę, która idealnie, niczym klocki tetris, wpasowała się zarówno w najwyższe półki księgarń, jak i w pełen wachlarz czytelniczych gustów.

Anomalia, to powieść-patchwork, to powieść netflixowa. Hervé Le Tellier opisuje zagadkowe zdarzenie związane z lotem Paryż-Nowy Jork, który to lot zmieni los kilkuset przypadkowych ludzi i ich... duplikatów. Konstrukcja powieści jest fenomenalnie dopasowana do dzisiejszych “wymagań” czasu / runku / preferencji. Gdyby nie talent Autora, książka ta byłaby kolejnym czytadłem z “sensacyjną” fabułą, kolejną historyjką do przemielenia w jeden wieczór, pomiędzy serialem na HBO, a scrollowaniem głupich wiadomości na smartfonie. Hervé Le Tellier, to jedna zdolna bestia i serwuje nam naprawdę chytrze podaną mieszankę rozrywki i dobrej literatury.

Powieść jest patchworkowa, albowiem znajdziemy w niej całą masę pastiszowych zagrań literackich; osoby siedzące głęboko w literaturze XX wieku bez trudu odnajdą – już na samym początku Anomalii – fragmenty żywo przypominające style znanych i uznanych pisarzy ubiegłego stulecia. Aby nie psuć Wam zabawy, nie będę wymieniać nazwisk – odkryjcie to sami! Rozumiem, że Hervé Le Tellier pisząc tę powieść, bardzo chciał wpasować ją we współczesną, pędzącą w niewiarygodnym tempie rzeczywistość i udało mu się to perfekcyjnie. Sugestywnym językiem splótł naprawdę dobre literackie kawałki z obecną “serialozą” rozumianą jako forma konsumpcji i percepcji w kulturze przesytu.

Anomalia broni się solidnym literackim warsztatem i umiejętnym połączeniem tego co wartościowe z tym, co popularne. Z jednej strony trochę to drażni podczas lektury, ale z drugiej intryguje. Książki tej nie da się, ot tak, wrzucić do worka pop-historyjek, ale wyraźnie odczuwalna jest gra, do jakiej zaprasza nas Autor. Fabuła jest czystą emanacją streamingowego świata filmów/seriali, perfekcyjnie skrojoną. Dlatego to chytrze napisana powieść – Hervé Le Tellier łebsko połączył literacki kunszt z najpowszechniej konsumowaną na co dzień rozrywką.

Warto przeczytać!

 
Czytaj dalej...

from ★ discrust|recenzje ★

:: Tár (2023)

Ostatnimi czasy bardzo rzadko oglądam cokolwiek. Setki różnorakich powodów sprawiają, że trudno mi się skupić na filmie, jako formie przekazu. Jednak Tár w reżyserii Todda Fielda zachwycił mnie swoją surowością, ascetycznymi zdjęciami i fenomenalną grą Cate Blanchett, w roli Lydii Tár – pierwszej kobiety-dyrygentki w berlińskiej filharmonii.

Lydia, to niezwykle charyzmatyczna osobowość, dyrygentka o olbrzymim talencie i instynkcie muzycznym, kobieta która poświęciła całą siebie dla ciężkiej pracy, która dyrygenturę traktuje niezmiernie poważnie. Jej wiedza, jej wizja muzyki, wreszcie olbrzymi horyzont, na tle którego buduje swoją karierę – wszystko to rzutuje na jej surowy, zasadniczy charakter i specyficzne podejście do ludzi i świata.

Nie jest to pierwszy przypadek, gdy wyjątkowe osobowości w muzyce klasycznej cechuje pewna ekscentryczność. U Lydii Tár mamy do czynienia ze swego rodzaju dystansem i chłodem, ale i z potężną dawką przeżywania muzyki na tyle dogłębnie, że jej dyrygowanie staje się sztuką samą w sobie. Lydia inspiruje się twórczością Gustava Mahlera i to właśnie nad piątą symfonią tegoż pracuje w trakcie filmu.

Jej niewiarygodna wrażliwość i znawstwo w materii muzyki poważnej konfrontowane jest z faktem, iż jest lesbijką dzielącą życie wraz ze swoją żoną, Sharon Goodnow i ich córką. Przed obejrzeniem filmu zetknąłem się z kilkoma recenzjami niezmiernie uwypuklającymi orientację seksualną głównej bohaterki. O ile ma to znaczenie w kontekście niezmiernie zmaskulinizowanego i hermetycznego środowiska, w jakim Lydii przyszło robić karierę, o tle dramat głównej bohaterki, a raczej jego punkt ciężkości, nie leży właśnie tam. Field stworzył obraz ascetyczny, ale i przejmujący, bo i charakter samej Tár taki właśnie jest.

To właśnie charakterologiczny rys Lydii, szereg losowych splotów oraz intryg sprawiają, że jej kariera dyrygentki skręca w zupełnie nieoczekiwaną stronę. Jest to w gruncie rzeczy film o pewnym typie ludzi, którzy przekonani o swojej niezachwianej pozycji i o tym, że atencja ze strony innych przychodzi niejako samoistnie i po prostu im się należy, w pewnym momencie zdają sobie sprawę, iż najważniejsi ludzie wokół nich stają się nie tylko ofiarami owego przekonania, ale i... znikają nieodwracalnie. Drugą stroną filmowego medalu jest poruszenie wątku cancel culture i jego destrukcyjnego wpływu na życie jednostek niszczonych w przestrzeni publicznej i internetowej.

Jeden z lepszych dramatów, jakie widziałem w tym roku. Tár momentalnie skojarzył mi się ze świetnym skądinąd rosyjskim filmem Дирижёр (Dyrygent) z 2012 roku, w reżyserii Pawła Lungina, opowiadającym historię wymagającego i niedostępnego dyrygenta, który skupiony bez reszty na swojej pracy i sztuce jako takiej, traci syna w dramatycznych okolicznościach. Oba te filmy opowiadają historię niejako bliźniaczą, acz z zupełnie innych perspektyw, dotykając innych strun, generując zupełnie inne melodie...

Tár polecam!

··· foto: slate.com

 
Czytaj dalej...

from ★ discrust|recenzje ★

:: Barbie (2023)

długo zabierałem się za napisanie tej recenzji. zapewne dlatego, że obraz ten kompletnie do mnie nie przemawia. dlaczego? postaram się pokrótce to wyjaśnić.

jako koleś od x-czasu żywo interesujący się feminizmem i realną walką o prawa kobiet w patriarchalnej rzeczywistości, jako anarchista i feminista, mam pewien zasadniczy kłopot z tym filmem. najogólniej rzecz ujmując nie klei mi się ta produkcja pod względem konwencji (pomijając już gigantyczny budżet, pancerną promocję, nachalne reklamy, czyli cały ten bajzel kapitalistycznej maszynki do sprzedawania marzeń, obrazków i produktów z rozmaitych wariantów filmowego Barbielandu...).

zastosowanie zabiegu wkomponowania dyskursu płciowego w konwencję popkulturowego świata najsłynniejszej lalki świata i to wkomponowanie literalne, niejako w skali 1:1 (Barbie “pijąca” napoje z pustych kubków, tafla niebieskiego plastiku jako atrapa basenu, etc.), być może i jest zabiegiem marketingowo sprytnym, z punktu widzenia amerykańskiej machiny filmowej oraz wizualnie atrakcyjne w obrębie konsumeryzmu współczesnej kultury przesytu, ale czy wartości związane z prawami kobiet, a nade wszystko – wartość zanegowania patriarchalnych wzorców (jako jednych z najbardziej toksycznych i destrukcyjnych mechanizmów kulturotwórczych w historii) została w tym filmie przedstawiona w odpowiednio silny sposób? uważam, że nie.

Barbie i Ken wymykają się z Barbielandu, krainy gdzie wszystkie Barbie w swoim lalkowym, plastikowym zunifikowanym świecie są pisarkami, sędzinami, ważnymi urzędniczkami, pędząc swoje plastikowe, “bezpieczne”, idealne życie. zatem Ken i Barbie wymykają się do świata ludzi. do Los Angeles (pierwsza popkulturowa kalka w filmie: zachodnie wybrzeże U$A, plaża, luz, palmy – obrazek sielankowo kojarzący się z Ameryką marzeń). okazuje się, że ludzki real, to seksizm, nierówności płciowe, patriarchalne zachowania i ogólnie totalnie różny świat od tego lalkowego. Ken zafascynowany światem ludzi, wraca do Barbielandu, aby przejąć tę bajkową krainę i zaprowadzić w niej “samcze porządki”. pracownica firmy Mattel (producent lalek Barbie) wraz z córką oraz Barbie wracają do Barbielandu, aby “zniszczyć patriarchat” i uświadomić Kenom, że również są ofiarami systemu niesprawiedliwości płciowej. to fabuła w dużym skrócie...

film nie zagłębia ani problemu patriarchalnej opresji, ani kwestii realnych, wielowarstwowych nierówności płciowych. nie spodziewałem się tego zresztą, albowiem jest to obraz mocno skondensowany i przerysowany w owej lalkowej konwencji; przerysowanie jest, jak rozumiem, zabiegiem celowym. konwencja dopuszcza zatem wykorzystanie jedynie tych najbardziej stereotypowych i nośnych kulturowo zarzutów wobec patriarchatu, bez wnikania w problematykę. co z tego, że scenariusz przewidział użycie siatki pojęciowej znanej od czasów feminizmu drugiej i trzeciej fali, czy gender studies, skoro zabieg ten został zastosowany w scenach, gdzie kobieta, czy Barbie wypowiada je przesadnym manifestacyjnym tonem, dając tym samym prześmiewczy argument samcom lubującym się w “odkrywczych” stwierdzeniach, typu: uff, znowu to feministyczne pierdolenie... niech osoby zaznajomione i oswojone z dyskursem płciowym nie łudzą się, że zetkną się w Barbie z jakimś naprawdę cennym przesłaniem.

film z pozoru neguje toksyczny system patriarchalny, czyniąc to przy pomocy lalki, która została stworzona jako jeden z symboli “kobiecości” stricte seksistowski. przekaz jest jasny: przy pomocy symbolu zniewolenia kobiecego wizerunku i utrwalania stereotypu “tępej laluni”, dokonać (oczywiście w obrębie zastanej, acz “zmieniającej się” kultury z elementami równościowymi, jako naczelnymi) popkulturowej “dekonstrukcji” lalki-mitu, dokonać transformacji kulturowego wzorca kształtującego percepcję milionów dziewczynek na całym świecie. wszystko po to, by pokazać, że od teraz Barbie jest nie tylko “upodmiotowiona”, ale zdarto z niej stary balast stereotypowej, idealnej kobiety, na rzecz nowej, świadomej swojej wartości i praw, silnej osobowości funkcjonującej na warunkach równościowych wobec mężczyzn.

problem jednak polega na czym innym. potężny budżet i filmowy i reklamowy tej produkcji daje do myślenia; Mattel doskonale wie, że sukces tego filmu z pewnością przyczyni się do utrwalania tego wizerunku “nowej Barbie”, zatem te ogromne nakłady finansowe są bezpośrednio skorelowane z planami biznesowymi firmy i wzrostem zysków tejże. dostajemy więc film-produkt, który wykorzystuje narrację równościową, feministyczną i pro-kobiecą w celach promocji nowego produktu-lalki (czy szerzej – nowego wizerunku Mattel, który niewątpliwie zostanie kulturowo utrwalony na dziesięciolecia). sztuczka ta nie jest niczym nowym w świecie korporacji. wystarczy zobaczyć, jak cynicznie wykorzystują np. symbolikę LGBT+ wszystkie bez wyjątku potęgi korporacyjne: od odzieżowych, po samochodowe, zarzekając się, że chodzi im o wsparcie słusznych dążeń grup mniejszościowych. całkiem przytomnie w czasie jednej z wielkich demonstracji LGBT+ w Nowym Jorku, jedna z aktywistek anarchofeministycznych zauważyła (parafrazuję): Im nie chodzi o nasze postulaty, im nie chodzi o żadną pieprzoną równość. Oni panicznie boją się, abyśmy nie powybijali im szyb w sklepowych witrynach. Stąd wszystkie multikorporacje stały się nagle tęczowe i LGBT+ friendly. Kolejna grupa docelowa na rynku została zdobyta.

myślę, że podobnie rzecz ma się z filmem Barbie. aktywistki i aktywiści na rzecz płciowej równości oraz osoby realnie zajmujące się krytyką patriarchalnego porządku zapewne dostrzegły, że film ten tak naprawdę porusza się w przestrzeni tego samego konsumeryzmu i status quo, jaki próbuje zanegować w “równościowym przesłaniu” przy pomocy transformacji Barbie i Kena w “istoty” traktujące się partnersko i z szacunkiem wobec siebie nawzajem.

mam świadomość tego, że kobiety i mężczyźni akceptujący “program minimum” w obrębie walki o prawa kobiet, ich kondycję na rynku pracy, ich sytuację domową, rodzinną, macierzyńską, mogą potraktować Barbie, jako film choć trochę uświadamiający. dla mnie jednak ten film jest de facto produktem korporacyjnym, obrazem wykreowanym przez świat tych samych samczych pryncypiów, które tam wysoko, na najwyższych piętrach społecznej piramidy nierówności wciąż są pielęgnowane; może nie z taką ostentacją jak kilkadziesiąt, czy sto lat temu, ale to wciąż ten sam patriarchalno-kapitalistyczny syf. maksymalizacja zysków nigdy nie szła i nie pójdzie w parze z dążeniami grup społecznych pokrzywdzonych przez ów system. nie miejmy żadnych złudzeń.

czy polecam Barbie? hmm... jeśli macie siłę na 2-godzinne studium plastiku “ze słusznym przekazem”, obejrzyjcie ten film. sądzę jednak, że prawdziwa walka kobiet i mężczyzn, feministyczne cele oraz aktywność na rzecz demontażu ohydnych patriarchalnych wzorców kulturowych – że to wszystko toczy się w zupełnie innych miejscach, aniżeli sale kinowe z Barbie. realna walka, to realne ofiary systemu, tragedie pojedynczych kobiet, arogancja państwa. zresztą o czym my mówimy! kraj nad Wisłą jest najdobitniejszym przykładem tego, jak wiele jeszcze jest do zrobienia, nie tylko w materii legislacyjnej, ale w sferze autentycznych zmian mentalnych, kulturowych i pokoleniowych!

życzyłbym sobie i nam wszystkim jak najwięcej sił, determinacji i rewolucji. patriarchat zdechnie! damy radę! ... bo żadna magiczna sztuczka nie wyzwoli kobiet z okowów opresyjnej kultury wyzysku, kato-faszyzmu i patriarchalnych kodów stanowiących podglebie całego tego syfu wokół nas. to nie Barbieland. walczyć musimy wszyscy!

 
Czytaj dalej...