discrust

Reader

Read the latest posts from discrust.

from discrust|blog

:: dlaczego opuszczam Mastodona...

decyzję o opuszczeniu Mastodona podjąłem już jakiś czas temu. nie jest to zatem nic nowego, nagłego. założyłem konto na Masto w 2018 roku. wcześniej, zanim Fediverse jako ekosystem pojawił się na horyzoncie, spędziłem parę lat na quitter.se, pump.io i na diasporze*. wiedziałem zatem, czego się spodziewać, gdy zakładałem profil na chaos.social

minęło ładnych parę lat i czuję, że nadszedł czas, aby wypisać się z codziennego rytuału scrollingu. nigdy nie byłem uciekinierem z faceshitów, czy innych twitterów, a zdecentralizowane i otwartoźródłowe social media były moimi pierwszymi. nie popadam w nostalgiczny ton, pt.: “kiedyś to było”, że GNUSocial, quitter, czy diaspora* były autentycznie “kameralnymi” miejscami w necie, stanowiącymi jakiś tam zalążek alternatywnych sieci społecznościowych. owszem, tak było, niemniej głupio byłoby nie zauważać, że zmieniają się czasy, zmienia się internet, a wraz z nim, ludzkie przyzwyczajenia.

od Mastodona (podobnie jak od w/w sieci, których używałem wcześniej) nie oczekiwałem wiele. traktowałem i traktuję je stricte instrumentalnie, jak narzędzie pozyskiwania ciekawych informacji, czy jak słup ogłoszeniowy. nigdy nie było to dla mnie miejsce do zawiązywania interakcji, kolekcjonowania znajomych, czy tworzenia sobie protez znajomości, a przynajmniej nie to stanowiło priotytet. oczywiście nie ukrywam, że poznałem na Masto sporo ciekawych ludzi, którzy mają coś do powiedzenia / pokazania, bez debilnego ciśnienia na lajki, boosty, zasięgi. ludzie ci, wraz ze swoimi zainteresowaniami, przecinają gdzieś tam w przestrzeni orbity moich zainteresowań i pasji. i to jest bardzo fajne — w tym konkretnym obszarze Mastodon doskonale spełnia swoją rolę, jako sieć, którą jeszcze można nazwać społecznościową. nie będę tu pisał o strukturze Fediverse, o instancjach i ActivityPub, bo po cholerę wałkować temat po raz setny; dość powiedzieć, że bardzo sobie cenię ten ekosystem i zapewne dlatego zahaczyłem się na Masto tak długo. jak każde miejsce w internecie współtworzone przez ludzi, również Mastodon podlega swoistym zmianom, trendom, “ruchom tektonicznym”. po kilku mniejszych czy większych exodusach z twittera, insta, czy faceshita, Mastodon zaroił się od ludzi, którzy siłą rzeczy wypełnili Masto kontentem i mentalem z bigtechowych antisocial rzeźni. nie była to zmiana skokowa, a raczej proces, który trwa do dziś. z miesiąca na miesiąc przybywa na Mastodonie ultra trywialnych, infantylnych treści. śmieciowe wpisy o niczym — guma do żucia dla oczu, doskonała pasza do bezrefleksyjnego scrollingu.

wieeem, mamy wyciszenia, mamy bloki. chcąc przykładowo widzieć boosty osób, które obserwujemy, powyższe narzędzia są absolutnie konieczne, aby nie zwariować, albo nie porzygać się z zażenowania. jeszcze kilka lat temu, używałem wyciszeń kilka razy w miesiącu. w ostatnim czasie zdarzało mi się wyciszać / blokować kilka razy dziennie... wyciszenia, to standard, jeśli chcemy zachować jako taką higienę w antyspołecznościowych sieciach; o ile Mastodon, jako część Fediverse, strukturalnie i “ideowo” jest świetnym, zdecentralizowanym rozwiązaniem, o tyle “farsz”, zawartość poszczególnych wpisów, to już domena użyszkodników.

posty na Masto są coraz bardziej o niczym i takich właśnie jest coraz więcej. wielu ludzi żywi autentyczne przekonanie, że ich śniadanie, zakupy, czy ból paznokcia są istotną wiadomością dla nas wszystkich. ktoś powie: od tego są social media! może i tak, ale mi takie wysrywy kojarzą się raczej z bigtechowymi machinami od uzależnień, typu faceshit, X, threads, etc. i znów — koło się zamyka, gdy w takich sytuacjach lecimy z wyciszeniami i blokami; bańka nam się coraz bardziej zmniejsza i w efekcie siedzimy w niej, jak w klatce. gdzie tu przyjemność obcowania z treścią (nie mówiąc o ludziach)?

opuszczam Masto, aby pozbyć się toksycznych, ogłupiających nawyków sprawdzania, co nowego na osi czasu, kto, co i gdzie napisał. ten mechanizm jest prostą drogą do uzależnienia, w którym tkwi znaczna część użytkowników social sieci; pod tym kątem, wszystkie one — włączając w nie Mastodona — są głęboko antisocial.

opuszczam to miejsce również dlatego, że bańka, jaką sam przez lata tworzyłem sobie na Mastodonie, przestała być miejscem z ciekawymi informacjami, a stała się nużąco-wkurwiającą przestrzenią. w jakiś magiczny sposób, ludzie w owej bańce stali się z czasem, jak odbitki na xero. tzw. lewacka bańka zadowala się gadaniem tak samo, o tym samym, w tym samym gronie. do zrzygania. ten polityczny chów wsobny, to zawiesina z kilku sloganów, kilku person i kilku bohaterów świata polityki. towarzystwo wzajemnie klepiących się pi pleckach, tuczących swoich nadwornych narcyzów, poprawnościowo zabetonowanych tak, aby nie przecisnęła się choćby jedna krytyczna myśl, mogąca zaburzyć to cudowne zakołysanie.

zapewne to samo można powiedzieć o politycznych bańkach na Masto o innym zabarwieniu, co jeszcze bardziej zniechęca i sprawia, że chciałoby się zaczerpnąć świeżego powietrza. a świeże powietrze, to nie zastąpienie Mastodona innym soc-sieciowym stymulantem — to zamknięcie za sobą drzwi i wyjście w real. tam, gdzie toczy się prawdziwe życie.

osoby, które z uporem maniaka pragną stworzyć sobie tzw. “bezpieczną przestrzeń” w sieciach społecznościowych, ulegają złudnemu przekonaniu, że im bardziej hermetyczna bańka, tym większe poczucie bezpieczeństwa. tymczasem prawdziwe wyzwania, zagrożenia, szanse i buzująca kipiel życia, to real, a nie wygodna atrapa interakcji z ludźmi i proteza rzeczywistości, coraz częściej traktowana jak prawdziwe życie właśnie.

permanentny odruch scrollowania, widoczny na każdym kroku (dom, ulica, praca, czas wolny...), jest znakiem tych zjebanych czasów ćpania śmieciowych treści. odspawanie smartfona od naszych rąk, to perspektywa życia, jaka przemawia do mnie o wiele bardziej, aniżeli najbardziej przyjazne nawet wizje sieci społecznościowych bez bigtechów i algorytmów.

***

serdecznie pozdrawiam wszystkich fajnych ludzi, których przez te lata poznałem na Mastodonie! z wieloma z was mam kontakt poza platformą, dzięki czemu te znajomości nie zanikną, a sporo z nich na pewno przejdzie do realu! jeśli ktokolwiek z mastodonowych ludków ma ochotę na kontakt — zapraszam! nigdzie nie znikam, jestem dostępny.

bardzo, bardzo dziękuję tym wszystkim, którzy przez cały ten czas pomagają mi w zdrowieniu i wspierają moją walkę z chorobą! zetknąłem się na Masto z wieloma gestami dobra i sam staram się, na miarę możliwości, odwzajemniać owe gesty! pomoc wzajemna, to nasza broń i filar ludzkich odruchów w tych zjebanych czasach!

pozostaję w sferze Fediverse na blogu, pixelfedzie oraz na stronie mojego podcastu (który najpewniej wiosną uda mi się odhibernować)... jako że profil tego bloga na Mastodonie jest z mojej strony bezobsługowy, pozostawiam go — można zaobserwować go w każdej chwili:

@blog@discrust.diy.net.pl

ponadto jestem stale obecny w tym spokojniejszym i bardziej strawnym kawałku internetu, jakim jest protokół Gemini — zapraszam do mojej kapsuły:

gemini://nuclear.diy.net.pl

trzymajcie się!

linki + kontakt ze mną

 
Czytaj dalej...

from discrust|blog

:: smoła

oczy otwarte, czy zamknięte — bez pieprzonej różnicy. przez skołatany łeb przewalają się postrzępione zdania i akapity z Lema, Sontag, Kirkegaarda, Jelinek. kawiarka bulgocze, gdy szpile zimnego powietrza wbijają się w kręgosłup; otwarte okno o piątej rano, jak niechciana akupunktura. w tle szumi Vltava, ta radiowa — zjebane poranki wypełnione są szumami wszelakimi. mało urokliwymi, dochodzącymi z zakamarków, zza ścian, zza okna. codzienny syk, trzask, jęk, wydech...

smoła oblepia podniebienie i język. miło i gęsto. nikną we tej smole smaki wszelakie, świat niknie, na cztery spusty zatrzaśnięty. w obawie przed matactwem, nie wypuszczają cię na zewnątrz, nie pozwalają na ławce w parku usiąść, przewietrzyć myślolabirynty. rzucasz więc kostkami i losujesz, co czytać. wypluj tę truciznę.

••• podkład muzyczny: GODFLESH, NEUROSIS, LUSTMORD

 
Czytaj dalej...

from discrust|blog

:: Ondřej

na Gliwickiej żużlowe brzęczenie, powietrze w zastoju, a popołudniowy, duszny woal pozwala jedynie na półoddechy. jeśli tylko możesz, ukryj się w knajpie z klimą, wypij mrożoną kawę, albo wodę z cytryną! — słyszę jej głos w słuchawce. głos pełen udawanej beztroski i zmęczenia. głos ledwo maskujący pretensje, że nie zostałem w domu, że nie będzie mnie na grillu z weekendowymi korpo-rewolucjonistami w nowiutkich koszulkach z lewackiej szmaty. nie będzie mnie, bo mam zgagę od grillowanego kabaczka w marynacie. i wysypkę wkurwów od dywagacji obcych mi snobów poprzebieranych za klasę ludową (bo robotnicza nie przechodzi im przez gardła).

w tym szynku nigdy nie było takich wynalazków, jak mrożona kawa, ale sporo się tu zmieniło w ostatnich latach. piję półchciwie, żeby szybko nie osuszyć szklanki, a kostki lodu stukają o szkło. w telewizorze pod sufitem transmisja tego samego żużlowego meczu, który odbywa się kilkaset metrów stąd. jest i klima. jest barmanka o bardzo ładnej, smutnej twarzy. są chopy wgapione w krążące na ekranie motocykle i wlewający w siebie tyskie.

pojadę dziś do Ostravy, na grób pana Ondřeja. Ondřej malował widokówki i miniaturowe obrazki, które pokrywał bezbarwnym lakierem i rozdawał znajomym, a obcym sprzedawał za parę koron. budynki walcowni, kopalniane szyby, kościoły i puste niedzielne ulice; ludzie mówili, że Ondřej namalował całe Vítkovice, a jego miniaturki wisiały w niejednej ostrawskiej hospodzie. ileż tych jego widokówek musiało wisieć na słomianych matach, w czechosłowackich domach, ile leży do dziś na strychach, w pudełkach po czekoladkach! proszę jeszcze barmankę o parę kostek lodu do mojego termicznego kubka, zalewam je w kiblu kranówą i wychodzę na ten dziki skwar. ruszam w kierunku czeskiej granicy, nie spiesząc się — po cóż spieszyć się do zmarłego? puszczam UŽ JSME DOMA, uchylam okna, łapiąc nieco chłodniejsze podmuchy powietrza.

na tydzień przed śmiercią, pan Ondřej wsiadł w pociąg i wcześnie rano pojechał do Polski. namalował tam obrazek ze strzelistym szybem kopalni i niebem zasnutym czarnymi chmurami. wrócił wieczorem do Ostravy i dwa dni później pokrył obrazek lakierem. tego dnia nie dopił herbaty z rumem, którą zwykł sobie robić po obiedzie. na ulicy Lipovej słychać już było karetkę jadącą na sygnale. pan Ondřej zmarł na zawał, zanim dowieziono go do szpitala...

spojrzałem odruchowo na siedzenie obok. leżał tam obrazek pokryty bezbarwną warstwą lakieru, na odwrocie którego nieporadnym, koślawym pismem napisano: Katovice — Polsko

 
Czytaj dalej...

from discrust|blog

:: total minimal

tekst pierwotnie ukazał się na mojej kapsułe Gemini: gemini://nuclear.diy.net.pl

paradygmat “bycia w sieci”, jakkolwiek różnorodnie pojmowany, sprowadza się generalnie do (przemożnej) chęci pozostawianią własnych ślimaczych śladów na powierzchni internetu. mniejsza o atencję, ekshibicjonizm i inne powody, dla których koniecznie chcemy w sieci być tak, aby choć garstka ludzi naszą bytność zauważyła...

nie jest to tekst o tym, jak opuścić faceshita, X, czy insta, bo big-tech chlewnia leży kompletnie poza obszarem mojego zainteresowania. chodzi o świadome ograniczenie pojawiania się w necie, również w obszarach FOSS. chodzi o totalną dekonstrukcję tego paradygmatu, gdzie właśnie nie atencja, lajki i zasięgi są jakimś celem, lecz przede wszystkim skupienie się na odbiorcach w danym gronie i nieśpieszne pielęgnowanie interakcji, bez ciśnienia i maksymalizacji narzędzi i treści.

takie podejście stoi raczej w sprzeczności z filozofią działania większości antisocial mediów (wliczając w to np. Mastodona); to PRZESYT natłokiem i ilością śmiecia w necie motywuje mnie do kroków w stronę “total minimal”. znikanie z netu, z konkretnych miejsc, jest procesem do bólu indywidualnym i nie ma tutaj żadnego “złotego środka”. każdy:a ma swój wór pełen kont na takich, czy innych platformach. ich skasowanie / wyciszenie / zamrożenie, to niejako pierwszy krok. bo tak. naprawdę cała radocha że znikania z sieci zaczyna się potem; okazuje się, że mamy w cholerę czasu na rzeczy ważne i duperele w realu, dzień rozkłada nam się w zupełnie inny sposób, okazuje się że możemy zmieścić w nim spacer, książkę, zajęcie się sobą, bliskimi, albo uprawiamy lenistwo na zupełnie innym levelu.

nie będę odkrywał Ameryki, pisząc tutaj o dobroczynnych skutkach internetowego detoxu, bo są to rzeczy oczywiste i powszechnie znane. warto jednak obalić pewien mit odnoszący się do tych, którzy rękami i nogami bronią się przed ograniczeniem bytności w necie, zapewniając siebie i wszystkich wokół, że oni absolutnie potrzebują tego, czy tamtego konta.. pojawiają się argumenty o niezbędnych kontaktach, pracy etc. prawda jest jednak taka, że olbrzymia większość ludzi jest jest zwyczajnie uzależniona, a te wszystkie “absolutne konieczności”, to bajdurzenia internetowego ćpuna.

co zostawić, a co wywalić? tylko ty znasz odpowiedź na to pytanie. ja sam chciałbym ograniczyć się do kilku narzędzi:

  • blog na własnej instancji WriteFreely;
  • kapsuła Gemini;
  • XMPP / Delta Chat – do kontaktu z bliskimi i ludźmi, których lubię;
  • email – uniwersalny sposób na kontakt ze wszystkimi innymi (+ listy mailingowe)
  • RSS – własne, zweryfikowane, (w miarę) zaufane źródła informacji.

tyle wystarczy. więcej nie trzeba. jest to kwestia odpowiedzenia sobie na pytanie: czym chcę się dzielić z innymi w necie i czego potrzebuję na co dzień, aby z tego netu wyssać?

zrezygnowanie z wszelkich osi czasu scrollowsnych w nieskończoność jest, z punktu widzenia “total minimal”, bardzo pożądanym krokiem. uwierzcie, że wysupłanie z gąszczu np. Fediverse grona naprawdę dobrych znajomych i “przerzucenie” ich na kontakt mailowy lib przez XMPP (Delta Chat, Matrix, Signál – co kto woli..) pozwala poznać tych ludzi o wiele lepiej, niż poprzez scrollowanie ich wpisów w antisocial mediach. trzeba tylko chcieć – to kluczowe.

kalkulacja jest prosta: znikamy z netu głównie po to, aby wrócić do realu. jak dla mnie to kwestia zasadnicza. książki, pies, przyjaciele, weekend w górach, w lesie, na rowerze, to ZAWSZE lepsze opcje, aniżeli (z)gnicie w internecie w objęciach powtarzalnych, ogłupiających czynności.

ponadto przekonanie, że TRZEBA być zawsze online i trzymać łapę na ekranie smartfona jest i nieprawdziwe i głupie. telefon i SMS również istnieją, o czym wielu zdaje się zapominać.

wypisujemy się z globalnego scrollowania i okazuje się, że mamy nie tylko więcej czasu, ale i lżejszy łeb. myśli się jaśniej. świadomie przeżywamy to, co daje nam real i my dajemy w realu to, co w nas siedzi, a czego albo nie zauwazalismy, albo nie opiekowaliśmy się sobą na tyle, aby odkryć gdzieś tam w środku własne zdolności i atuty.

elementarny plusem “total minimal” jest radykalne odseparowanie się od oceanu debilizmu i gówna w sieci. tresowanie zwojów mózgowych do rzeczy bardziej złożonych, niż memy i klikbajtowe tytuły.

dlaczego w mojej konfiguracji znikania z netu pozostawiłem kapsułę Gemini? bo Gemini, to ta cześć internetu, która doskonale odpowiada na potrzeby chcących być online poza głównym ściekiem.

życzę owocnego znikania z netu i pojawiania się w realu! życie chłoszcze, ale jest o niebo ciekawsze w realu, niż substytuty i atrapy przyjaźni z netu, niż morze śmieciowych informacji,

 
Czytaj dalej...

from discrust|blog

:: ¡NO PASARÁN!

cała chlewnia polityczna w PL, ramię w ramię, uskutecznia goebbelsowski show antyimigracyjny. od Tuska, przez całą tą żałosną koalicję, przez PiS, po nazioli z Konfy i spoza niej — wszyscy przykładają rękę do tego pieprzonego teatru kłamstwa, manipulacji, nienawiści i ksenofobii. co bardziej “dociekliwi eksperci” będą ten ogrom faszystowskiej propagandy niuansować, stopniować, łagodzić i wpychać na chama w “ramy dyskursu”. nic to jednak nie da.

znajdujemy się w przededniu fali antyimigranckich demonstracji w całej Polsce, organizowanych przez nacjonalistyczno-faszysyowskie tałatajstwo. tutaj nie ma miejsca na dyskusje, debaty, ujęcia polityczne i inne pierdololo; ta belkotliwa mielonka zapycha wszelkie Onety, TVNy, TVP, Polityki i inne mainstream-media. znajdujemy się w miejscu, gdzie — jak w latach 90-tych XX wieku — należy masowo wyjść na ulice i fizycznie zatrzymać ten faszystowski pochód głupoty i nienawiści. raz na zawsze wypchnąć z przestrzeni publicznej ideologie pogardy dla drugiego człowieka i rasistowski bełkot!

większość lewactwa odprawia masowe gorzkie żale i lamenty. gdzie? oczywiście w internecie! walczący myszką, scrollem i emotkami “aktywiści” wszelkiego autoramentu, miast się organizować, płaczą, biadolą i umierają ze strachu przed faszystiwską nawałnicą. jedni piszą, że lepiej już się zabić, bo naziści zalewają cały kraj, inni straszą się obozami koncentracyjnymi — bojaźń, drżenie i histeria! lewactwo kocha się bać, uwielbia kolektywnie straszyć się nawzajem, mnożyć paraliżujący strach przed faszystowskim potworem..

rzygać się chce, gdy widzi się te obłędne łkania histeryków i histeryczek. środowiska lewackie koncertowo ulegają presji i propagandzie bąkiewiczów, braunów, kibolstwa i innych faszystowskich ŝcierwojadów. jak to bywa w faszyzmie, należy za wszelką cenę propagandowo (przede wszystkim internetowo i medialnie) wyolbrzmić swój kult siły, aby stworzyć mrożące wrażenie masowości i wszechogarniającego “frontu obrony narodu przed zalewem obcych”. w rzeczywistości są to grupy karmiące się społecznym strachem. im więcej histerycznych lewackich głosów przerażenia, tym dumniej wypięta pierś “obrońcy białej Polski”.

we wspomnianych latach 90-tych naziole zniknęli z ulic polskich miast, bo wyszliśmy im naprzeciw i po prostu napierdalaliśmy się z nimi. z faszyzmem bowiem się nie dyskutuje — faszyzm eliminuje się jego własną bronią, bowiem ta tępa tłuszcza rozumie wyłącznie język siły. oto sposób na likwidację faszystów z przestrzeni publicznej, z naszych miast i miasteczek!

tak więc, lamentujący internetowi klikacze, zostawcie kompy i smartfony i wyjdźcie na ulice! stańcie naprzeciw tym skurwielom i wykrzyczcie w ich gęby: NO PASARAN! NIE PRZEJDĄ! uczestniczcie w demonstracjach w waszych miastach, lub sami je organizujecie! niech ta ksenofobixzna i rasistowska banda widzi i wie, że istnieje realny, społeczny OPÓR, że nie ma miejsca na faszyzm na naszych ulicach! nie każdy/-a musí działać pod szyldem antify, nie wszyscy mogą i chcą w ten sposób walczyć. ale każdy/-a może czynnie sprzeciwić się na manifestacjach, w rozmowach z rodziną, bliskimi i sąsiadami, odkłamywać ohydną antyimigrancką manipulację, podawać prawdziwe dane i statystyki, odważnie reagować na każdą formę rasizmu i niesprawiedliwości — w realu, w życiu codziennym!

faszyzm nade wszystko tuczy się społeczną biernością i społecznym strachem — razem możemy pokonać i strach i faszyzm!

działaj zamiast płakać! NO BORDERS! NO NATIONS!

 
Czytaj dalej...

from discrust|recenzje

:: Małgorzata Malińska – Kobieta i rodzina w Egipcie i Sudanie. O kobiecości, seksualności i płodności

Książka Małgorzaty Malińskiej, to doskonała praca antropologiczna bazująca na jej osobistych badaniach terenowych, rzetelnych, dokładnych i uczestniczących (Autorka, kierując się metodyką Malinowskiego, prowadzi swoje badania wewnątrz społeczności, którą bada. Wraz z mieszkankami nubijskich wiosek śpi, je, uczestniczy w codziennym życiu...).

Malińska kilka razy odwiedziła nubijskie społeczności w południowym Egipcie i północnym Sudanie, badając je pod kątem warunków życia kobiet, ich pozycji w nubijskiej strukturze konserwatywnego islamu, ich codziennych trosk, zdrowotnych i egzystencjalnych konsekwencji powszechnej praktyki obrzezania kobiet. Autorka szczegółowo opisuje też codzienność Nubijek, hierarchię wewnątrz rodziny i wioski, ich życie seksualne, kobiece troski, ich ból, wstyd, radości...

Książka nie jest łatwą lekturą, albowiem w detalach opisuje te elementy codzienności nubijskich plemion, które w najbardziej opresyjny sposób uderzają w kobiety, ingerują w ich życie na wszystkich płaszczyznach, od najmłodszych lat. Stygmatyzacja płci żeńskiej niejako na starcie, charakteryzuje nubijskie społeczności, w których — jak w wielu islamskich kulturach lokalnych — “islam koranowy” jest ściśle spleciony z całym mnóstwem lokalnych tradycji i zwyczajów, które sytuują kobietę zawsze w niższej pozycji wobec mężczyzn.

Szczególnie trudnymi fragmentami tej książki są opisy infibulacji, czyli kobiecego obrzezania (wśród Nubijek najczęściej w “wersji faraońskiej”, najbardziej drastycznej, najgłębiej ingerującej w narządy płciowe); Autorka była obserwatorką tych “zabiegów” i nie da się nie wyczuć ogromnego ciężaru emocjonalnego takiego uczestnictwa. Infibulacja głęboko zakorzeniona w nubijskich społecznościach, jest uważana przez kobiety (i mężczyzn) za warunek konieczny szczęścia i powodzenia kobiety w jej życiu małżeńskim, seksualnym i rodzinnym, mimo że — jak bardzo dokładnie opisuje Malińska — obrzezanie jest tak naprawdę źródłem nie tylko potwornego bólu, cierpienia, ale i fizycznych dolegliwości w ciągu całego życia kobiety (warto dodać, że Nubijki po obrzezaniu są “zaszywane” aż do momentu defloracji, tuż po ślubie, po czym “rozrywane” i ponownie “zszywane” podczas każdych narodzin dziecka — i tak przez całe życie).

Książka opisuje również skomplikowane zależności związane z zaręczynami, przygotowaniami do ślubu, poszukiwaniem kandydata / kandydatki na męża / żonę, czy kwestie majątkowe. Malińska świetnie pokazuje nam nubijskie społeczności od środka, stara się wydobyć z Nubijek to, co tkwi w nich najgłębiej; po rozpoczęciu lektury, szybko orientujemy się, że życie kobiet w tych społecznościach to pasmo udręk, wysiłków, bólu, a radość, uśmiech i ciepło zawsze naznaczone są goryczą surowych zasad zwyczajowych i religijnych (choć Autorka przytacza szereg przykładów na to, że nawet spora część przywódców religijnych w Egipcie i Sudanie wydaje fatwy zakazujące praktyki obrzezania i innych opresyjnych zachowań wobec kobiet).

Kobieta i rodzina w Egipcie... ukazuje nam także małe przyjemności kobiece, ich potworną cierpliwość i wytrzymałość w ciężkich warunkach patriarchalnej struktury społecznej. To lektura trudna i przygnębiająca, ale absolutnie konieczna, jeśli cenimy rzetelne badania antropologiczne poparte bogatym materiałem terenowym oraz przytaczanymi badaniami innych antropologów i antropolożek zajmujących się tą częścią Afryki.

Trzeba przeczytać!

 
Czytaj dalej...

from discrust|recenzje

:: Julia Lovell — Maoizm. Historia globalna

Maoizm. Historia globalna, to praca kompleksowa, szczegółowa, w większości obszarów tyczących się maoizmu jako takiego, bardzo rzetelnie i z detalami opisująca zarówno kwestie ideologiczne, jak realne, polityczne wydarzenia inspirowane maoizmem.

Julia Lovell poświęciła sporo energii, aby ująć maoizm w wielu aspektach: od historii samej KPCh (Komunistyczna Partia Chin) i kształtowania się “myśli Mao” jako wiodącej i naczelnej w ideowym przesłaniu chińskich komunistów, poprzez czynienie z maoizmu eksportowej myśli politycznej, atrakcyjnej głównie dla krajów dopiero co zdekolonizowanych, bądź walczących o niepodległość polityczną i ekonomiczną, przez wpływ jaki maoizm wywarł na rewoltę '68 w U$A i Europie Zachodniej (stając się inspiracją m.in. dla Czarnych Panter, Czerwonych Brygad, Frakcji Czerwonej Armii, bojowników palestyńskich i nie tylko), po szczegółowy opis rewolucyjnych aktów, zrywów i wojen prowadzonych z czerwoną książeczką Mao, jako przewodnikiem (Wietnam, Kambodża, Malezja, Peru, Nepal, Indie...).

Książka nie jest politycznym podręcznikiem, jest głęboką analizą maoistowskich idei i ich wpływu na losy wielu narodów i grup społecznych w XX wieku.

Jak sama Autorka podkreśla we Wstępie, jej praca nie wyczerpuje tematu, ale w znaczący sposób przyczynia się do zgłębienia badań nad maoizmem, jego specyfiką, jego sprzecznościami i implikacjami tychże: konfliktów narodowo-plemiennych, głodu i terroru na niewyobrażalną dotąd skalę, na zamordystyczny charakter maoistowskich struktur partyjnych i kreowaniu fanatycznego oddania Mao i jego koncepcjom, jakże często wewnętrznie sprzecznym, bądź ewidentnie kolidującym z realiami w wielu miejscach na świecie, gdzie maoizm był realną siłą polityczno-rewolucyjną, gdzie poczynił najwięcej szkód, zbrodni i nieszczęść.

Lowell umiejętnie ukazuje kulturową złożoność np. społeczeństwa Peru, Malezji, Nepalu czy państw afrykańskich, zestawiając z tym maoizm, jako polityczną siłę, która realnie wpływała na polityczną sytuację w w/w miejscach, uwzględniając ortodoksyjną, niewolniczą wierność maoistowskim koncepcjom, bez zwracania uwagi na specyfikę kulturowo-polityczną — zawsze różną, w różnych miejscach na świecie.

Książkę warto przeczytać, jeśli ktoś interesuje się Chinami, również współczesnymi, albowiem Autorka słusznie zauważa, że Chiny z Xi Jinpingiem u sterów władzy absolutnej, świadomie powracają do pewnych maoistowskich wzorców, emanujących z różnych źródeł propagandowych, pod ścisłą kontrolą partii. Maoizm... jest również interesujący z historycznego punktu widzenia. Polecam!

 
Czytaj dalej...

from ★moje leczenie★

:: opatrunki wysokochłonne | korporacyjna pazerność

z racji wycieku limfy z otwartej rany, muszę korzystać z wysokochłonnych opatrunków, które pochłaniają płyn limfatyczny i pozwalają choć w minimalnym stopniu funkcjonować normalnie (poruszać się z opatrunkiem bez zostawiania kałuż za sobą...). rekomendacją w moim przypadku (ze strony mojej doktor, specjalistki od trudno gojących się ran) są opatrunki ConvaMax Superabsorber (na zdjęciach powyżej), które bardzo dobrze spełniają swoją rolę, ale niestety ich cena jest po prostu faszystowska.

jeden opatrunek ConvaMax 20x40cm kosztuje w aptekach 90-100PLN, refundowany: 27PLN. w moim wypadku na jeden opatrunek potrzebuję dwóch takich ConvaMaxów. zmieniam opatrunek dwa razy dziennie, zatem dziennie wykorzystywałbym 4 sztuki (120PLN)...

opatrunki te są produkowane, rzecz oczywista, w Chinach i być może materiał absorbujący ciecze z mokrych ran jest wysokiej jakości, ale w codziennej “praktyce opatrunkowej” widzę, że 4-5krotnie tańsze opatrunki wysokochłonne (jak np. te widoczne na zdjęciu w poprzednim wpisie) spełniają swoją rolę niemal w tym samym stopniu, co ta drożyzna.

oczywiście nie będę używał ConvaMaxów; kupiłem jeden na próbę i powiem, że są one o 10-15% bardziej chłonne, aniżeli standardowe opatrunki tego typu. 120PLN dziennie za kawałek chłonnego materiału, to pieprzona aberracja korporacji produkujących materiały opatrunkowe. jest to stała praktyka w zaklętym kole: producent → hurtownik → apteka. omijanie szerokim łukiem tej ostatniej jest jedynym sposobem na relatywnie “tanie” pozyskanie opatrunków. przykład: plastry antybakteryjne Bactigras (10 sztuk w paczce, 20x15cm) kosztują na Allegro ok. 50-60PLN, podczas gdy w aptece ten sam plaster kosztuje 70PLN, tyle że płacimy za 10 sztuk plastra 10x10cm (sic!)...

pozostaję przy dotychczasowych opatrunkach AB Kompres i Viwazell. są mniej chłonne, ale znacząco tańsze i spełniają swoją rolę w 70-80%.

 
Czytaj dalej...

from ★moje leczenie★

:: nowy etap leczenia

tak, jak planowałem wcześniej, rozpocząłem nowy etap w leczeniu nogi. również dzięki Wszej pomocy, za co serdecznie wszystkim dziękuję! jestem pod opieką doktor specjalizującej się w leczeniu trudno gojących się ran z wyciekiem płynu limfatycznego, w jednym z centrów medycznych w Krakowie. leczę się prywatnie, albowiem nie mam jakichkolwiek szans na leczenie od zaraz w ramach NFZ – jak można się domyślać, kolejki do specjalistów są kilometrowe, a terminy z kosmosu...

moje leczenie obecnie poleca z grubsza na stosowaniu opatrunków kompresyjnych, które lecząc ranę, jednocześnie uciskają obszar obrzęku limfatycznego w celu “zmuszenia go” do wchłaniania się i w efekcie do jego zaniku. wtedy uporam się z permanentnym wyciekiem limfy, co stanowi – obok bólu samej rany – główny problem w moim zdrowieniu.

obecnie stosuję zastępcze opatrunki chłonne (na zdjęciu powyżej), gromadząc środki na opatrunki zalecane przez lekarza. są to: Zetuvit Plus lub Convamax Superabsorbent. to bardzo wydajne, wysokochłonne opatrunki na rany mokre, z takim wyciekiem jak w moim przypadku. niestety są one drogie i maksymalnie mobilizuję się, aby pozyskać środki na ich zakup. jednocześnie, bezpośrednio na ranę, każdorazowo stosuję plastry antybakteryjne Bactigras gwarantujące utrzymanie gojącej się rany w czystości. mam nieco ograniczoną możliwość stosowania podobnych plastrów, z uwagi na fakt, że wystąpiła u mnie reakcja alergiczna na preparaty i plastry ze srebrem w składzie... dodatkowo, każdy opatrunek, to środki odkażające ranę (jak np. Microdacyn – na zdjęciu powyżej), bandaże elastyczne, gazy jałowe.

jeżeli jesteście w stanie pomóc mi w zdrowieniu, będę Wam wszystkim kolosalnie wdzięczny! w linku poniżej znajdują się wszelkie informacje.

z góry wszystkim bardzo dziękuję!

jak możesz mi pomóc?

 
Czytaj dalej...

from ★moje leczenie★

dzięki Waszej pomocy mogę zaopatrywać się w środki opatrunkowe i lecznicze, których potrzebuję naprawdę dużo. w ich skład wchodzą m.in.: bandaże, gazy jałowe i niejałowe, podkłady pod gips (wykorzystywane jako dodatkowa warstwa chłonna – moja rana ma charakter wyciekowy), poduszki chłonne, plastry chłonne, plastry antybakteryjne (obecnie jest to Bactigras w wariancie 15cm x 20 cm)...

oprócz tego rozpocząłem prywatne leczenie u specjalisty w Krakowie – o postępach leczenia będę informował na bieżąco.

 
Czytaj dalej...

from discrust|recenzje

:: Hervé Le Tellier – Anomalia

Anomalia, to chytrze napisana książka. Gdybym chciał być złośliwy, powiedziałbym, że to również cwaniacko napisana powieść. Nie będę jednak złośliwy, bo Hervé Le Tellier popełnił solidny kawałek prozy na miarę naszych czasów... Obserwując to, co dzieje się na rynku wydawniczym, nietrudno odnieść wrażenie, że wydawnictwa dwoją się i troją, by przyciągnąć czytelnika do swoich, ekhm... produktów. Efekty tegoż widać na półkach empików i innych księgarń. Oczy krwawią, gdy patrzymy na półki z bestsellerami; czytadła wciskane jako arcydzieła. Na tym bezlitosnym rynku trzeba się mocno napocić, aby wypromować DOBRĄ książkę. Hervé Le Tellier w dużej mierze wyręczył swojego wydawcę, albowiem napisał książkę, która idealnie, niczym klocki tetris, wpasowała się zarówno w najwyższe półki księgarń, jak i w pełen wachlarz czytelniczych gustów.

Anomalia, to powieść-patchwork, to powieść netflixowa. Hervé Le Tellier opisuje zagadkowe zdarzenie związane z lotem Paryż-Nowy Jork, który to lot zmieni los kilkuset przypadkowych ludzi i ich... duplikatów. Konstrukcja powieści jest fenomenalnie dopasowana do dzisiejszych “wymagań” czasu / runku / preferencji. Gdyby nie talent Autora, książka ta byłaby kolejnym czytadłem z “sensacyjną” fabułą, kolejną historyjką do przemielenia w jeden wieczór, pomiędzy serialem na HBO, a scrollowaniem głupich wiadomości na smartfonie. Hervé Le Tellier, to jedna zdolna bestia i serwuje nam naprawdę chytrze podaną mieszankę rozrywki i dobrej literatury.

Powieść jest patchworkowa, albowiem znajdziemy w niej całą masę pastiszowych zagrań literackich; osoby siedzące głęboko w literaturze XX wieku bez trudu odnajdą – już na samym początku Anomalii – fragmenty żywo przypominające style znanych i uznanych pisarzy ubiegłego stulecia. Aby nie psuć Wam zabawy, nie będę wymieniać nazwisk – odkryjcie to sami! Rozumiem, że Hervé Le Tellier pisząc tę powieść, bardzo chciał wpasować ją we współczesną, pędzącą w niewiarygodnym tempie rzeczywistość i udało mu się to perfekcyjnie. Sugestywnym językiem splótł naprawdę dobre literackie kawałki z obecną “serialozą” rozumianą jako forma konsumpcji i percepcji w kulturze przesytu.

Anomalia broni się solidnym literackim warsztatem i umiejętnym połączeniem tego co wartościowe z tym, co popularne. Z jednej strony trochę to drażni podczas lektury, ale z drugiej intryguje. Książki tej nie da się, ot tak, wrzucić do worka pop-historyjek, ale wyraźnie odczuwalna jest gra, do jakiej zaprasza nas Autor. Fabuła jest czystą emanacją streamingowego świata filmów/seriali, perfekcyjnie skrojoną. Dlatego to chytrze napisana powieść – Hervé Le Tellier łebsko połączył literacki kunszt z najpowszechniej konsumowaną na co dzień rozrywką.

Warto przeczytać!

 
Czytaj dalej...

from discrust|recenzje

:: Tár (2023)

Ostatnimi czasy bardzo rzadko oglądam cokolwiek. Setki różnorakich powodów sprawiają, że trudno mi się skupić na filmie, jako formie przekazu. Jednak Tár w reżyserii Todda Fielda zachwycił mnie swoją surowością, ascetycznymi zdjęciami i fenomenalną grą Cate Blanchett, w roli Lydii Tár – pierwszej kobiety-dyrygentki w berlińskiej filharmonii.

Lydia, to niezwykle charyzmatyczna osobowość, dyrygentka o olbrzymim talencie i instynkcie muzycznym, kobieta która poświęciła całą siebie dla ciężkiej pracy, która dyrygenturę traktuje niezmiernie poważnie. Jej wiedza, jej wizja muzyki, wreszcie olbrzymi horyzont, na tle którego buduje swoją karierę – wszystko to rzutuje na jej surowy, zasadniczy charakter i specyficzne podejście do ludzi i świata.

Nie jest to pierwszy przypadek, gdy wyjątkowe osobowości w muzyce klasycznej cechuje pewna ekscentryczność. U Lydii Tár mamy do czynienia ze swego rodzaju dystansem i chłodem, ale i z potężną dawką przeżywania muzyki na tyle dogłębnie, że jej dyrygowanie staje się sztuką samą w sobie. Lydia inspiruje się twórczością Gustava Mahlera i to właśnie nad piątą symfonią tegoż pracuje w trakcie filmu.

Jej niewiarygodna wrażliwość i znawstwo w materii muzyki poważnej konfrontowane jest z faktem, iż jest lesbijką dzielącą życie wraz ze swoją żoną, Sharon Goodnow i ich córką. Przed obejrzeniem filmu zetknąłem się z kilkoma recenzjami niezmiernie uwypuklającymi orientację seksualną głównej bohaterki. O ile ma to znaczenie w kontekście niezmiernie zmaskulinizowanego i hermetycznego środowiska, w jakim Lydii przyszło robić karierę, o tle dramat głównej bohaterki, a raczej jego punkt ciężkości, nie leży właśnie tam. Field stworzył obraz ascetyczny, ale i przejmujący, bo i charakter samej Tár taki właśnie jest.

To właśnie charakterologiczny rys Lydii, szereg losowych splotów oraz intryg sprawiają, że jej kariera dyrygentki skręca w zupełnie nieoczekiwaną stronę. Jest to w gruncie rzeczy film o pewnym typie ludzi, którzy przekonani o swojej niezachwianej pozycji i o tym, że atencja ze strony innych przychodzi niejako samoistnie i po prostu im się należy, w pewnym momencie zdają sobie sprawę, iż najważniejsi ludzie wokół nich stają się nie tylko ofiarami owego przekonania, ale i... znikają nieodwracalnie. Drugą stroną filmowego medalu jest poruszenie wątku cancel culture i jego destrukcyjnego wpływu na życie jednostek niszczonych w przestrzeni publicznej i internetowej.

Jeden z lepszych dramatów, jakie widziałem w tym roku. Tár momentalnie skojarzył mi się ze świetnym skądinąd rosyjskim filmem Дирижёр (Dyrygent) z 2012 roku, w reżyserii Pawła Lungina, opowiadającym historię wymagającego i niedostępnego dyrygenta, który skupiony bez reszty na swojej pracy i sztuce jako takiej, traci syna w dramatycznych okolicznościach. Oba te filmy opowiadają historię niejako bliźniaczą, acz z zupełnie innych perspektyw, dotykając innych strun, generując zupełnie inne melodie...

Tár polecam!

··· foto: slate.com

 
Czytaj dalej...

from discrust|recenzje

:: Barbie (2023)

długo zabierałem się za napisanie tej recenzji. zapewne dlatego, że obraz ten kompletnie do mnie nie przemawia. dlaczego? postaram się pokrótce to wyjaśnić.

jako koleś od x-czasu żywo interesujący się feminizmem i realną walką o prawa kobiet w patriarchalnej rzeczywistości, jako anarchista i feminista, mam pewien zasadniczy kłopot z tym filmem. najogólniej rzecz ujmując nie klei mi się ta produkcja pod względem konwencji (pomijając już gigantyczny budżet, pancerną promocję, nachalne reklamy, czyli cały ten bajzel kapitalistycznej maszynki do sprzedawania marzeń, obrazków i produktów z rozmaitych wariantów filmowego Barbielandu...).

zastosowanie zabiegu wkomponowania dyskursu płciowego w konwencję popkulturowego świata najsłynniejszej lalki świata i to wkomponowanie literalne, niejako w skali 1:1 (Barbie “pijąca” napoje z pustych kubków, tafla niebieskiego plastiku jako atrapa basenu, etc.), być może i jest zabiegiem marketingowo sprytnym, z punktu widzenia amerykańskiej machiny filmowej oraz wizualnie atrakcyjne w obrębie konsumeryzmu współczesnej kultury przesytu, ale czy wartości związane z prawami kobiet, a nade wszystko – wartość zanegowania patriarchalnych wzorców (jako jednych z najbardziej toksycznych i destrukcyjnych mechanizmów kulturotwórczych w historii) została w tym filmie przedstawiona w odpowiednio silny sposób? uważam, że nie.

Barbie i Ken wymykają się z Barbielandu, krainy gdzie wszystkie Barbie w swoim lalkowym, plastikowym zunifikowanym świecie są pisarkami, sędzinami, ważnymi urzędniczkami, pędząc swoje plastikowe, “bezpieczne”, idealne życie. zatem Ken i Barbie wymykają się do świata ludzi. do Los Angeles (pierwsza popkulturowa kalka w filmie: zachodnie wybrzeże U$A, plaża, luz, palmy – obrazek sielankowo kojarzący się z Ameryką marzeń). okazuje się, że ludzki real, to seksizm, nierówności płciowe, patriarchalne zachowania i ogólnie totalnie różny świat od tego lalkowego. Ken zafascynowany światem ludzi, wraca do Barbielandu, aby przejąć tę bajkową krainę i zaprowadzić w niej “samcze porządki”. pracownica firmy Mattel (producent lalek Barbie) wraz z córką oraz Barbie wracają do Barbielandu, aby “zniszczyć patriarchat” i uświadomić Kenom, że również są ofiarami systemu niesprawiedliwości płciowej. to fabuła w dużym skrócie...

film nie zagłębia ani problemu patriarchalnej opresji, ani kwestii realnych, wielowarstwowych nierówności płciowych. nie spodziewałem się tego zresztą, albowiem jest to obraz mocno skondensowany i przerysowany w owej lalkowej konwencji; przerysowanie jest, jak rozumiem, zabiegiem celowym. konwencja dopuszcza zatem wykorzystanie jedynie tych najbardziej stereotypowych i nośnych kulturowo zarzutów wobec patriarchatu, bez wnikania w problematykę. co z tego, że scenariusz przewidział użycie siatki pojęciowej znanej od czasów feminizmu drugiej i trzeciej fali, czy gender studies, skoro zabieg ten został zastosowany w scenach, gdzie kobieta, czy Barbie wypowiada je przesadnym manifestacyjnym tonem, dając tym samym prześmiewczy argument samcom lubującym się w “odkrywczych” stwierdzeniach, typu: uff, znowu to feministyczne pierdolenie... niech osoby zaznajomione i oswojone z dyskursem płciowym nie łudzą się, że zetkną się w Barbie z jakimś naprawdę cennym przesłaniem.

film z pozoru neguje toksyczny system patriarchalny, czyniąc to przy pomocy lalki, która została stworzona jako jeden z symboli “kobiecości” stricte seksistowski. przekaz jest jasny: przy pomocy symbolu zniewolenia kobiecego wizerunku i utrwalania stereotypu “tępej laluni”, dokonać (oczywiście w obrębie zastanej, acz “zmieniającej się” kultury z elementami równościowymi, jako naczelnymi) popkulturowej “dekonstrukcji” lalki-mitu, dokonać transformacji kulturowego wzorca kształtującego percepcję milionów dziewczynek na całym świecie. wszystko po to, by pokazać, że od teraz Barbie jest nie tylko “upodmiotowiona”, ale zdarto z niej stary balast stereotypowej, idealnej kobiety, na rzecz nowej, świadomej swojej wartości i praw, silnej osobowości funkcjonującej na warunkach równościowych wobec mężczyzn.

problem jednak polega na czym innym. potężny budżet i filmowy i reklamowy tej produkcji daje do myślenia; Mattel doskonale wie, że sukces tego filmu z pewnością przyczyni się do utrwalania tego wizerunku “nowej Barbie”, zatem te ogromne nakłady finansowe są bezpośrednio skorelowane z planami biznesowymi firmy i wzrostem zysków tejże. dostajemy więc film-produkt, który wykorzystuje narrację równościową, feministyczną i pro-kobiecą w celach promocji nowego produktu-lalki (czy szerzej – nowego wizerunku Mattel, który niewątpliwie zostanie kulturowo utrwalony na dziesięciolecia). sztuczka ta nie jest niczym nowym w świecie korporacji. wystarczy zobaczyć, jak cynicznie wykorzystują np. symbolikę LGBT+ wszystkie bez wyjątku potęgi korporacyjne: od odzieżowych, po samochodowe, zarzekając się, że chodzi im o wsparcie słusznych dążeń grup mniejszościowych. całkiem przytomnie w czasie jednej z wielkich demonstracji LGBT+ w Nowym Jorku, jedna z aktywistek anarchofeministycznych zauważyła (parafrazuję): Im nie chodzi o nasze postulaty, im nie chodzi o żadną pieprzoną równość. Oni panicznie boją się, abyśmy nie powybijali im szyb w sklepowych witrynach. Stąd wszystkie multikorporacje stały się nagle tęczowe i LGBT+ friendly. Kolejna grupa docelowa na rynku została zdobyta.

myślę, że podobnie rzecz ma się z filmem Barbie. aktywistki i aktywiści na rzecz płciowej równości oraz osoby realnie zajmujące się krytyką patriarchalnego porządku zapewne dostrzegły, że film ten tak naprawdę porusza się w przestrzeni tego samego konsumeryzmu i status quo, jaki próbuje zanegować w “równościowym przesłaniu” przy pomocy transformacji Barbie i Kena w “istoty” traktujące się partnersko i z szacunkiem wobec siebie nawzajem.

mam świadomość tego, że kobiety i mężczyźni akceptujący “program minimum” w obrębie walki o prawa kobiet, ich kondycję na rynku pracy, ich sytuację domową, rodzinną, macierzyńską, mogą potraktować Barbie, jako film choć trochę uświadamiający. dla mnie jednak ten film jest de facto produktem korporacyjnym, obrazem wykreowanym przez świat tych samych samczych pryncypiów, które tam wysoko, na najwyższych piętrach społecznej piramidy nierówności wciąż są pielęgnowane; może nie z taką ostentacją jak kilkadziesiąt, czy sto lat temu, ale to wciąż ten sam patriarchalno-kapitalistyczny syf. maksymalizacja zysków nigdy nie szła i nie pójdzie w parze z dążeniami grup społecznych pokrzywdzonych przez ów system. nie miejmy żadnych złudzeń.

czy polecam Barbie? hmm... jeśli macie siłę na 2-godzinne studium plastiku “ze słusznym przekazem”, obejrzyjcie ten film. sądzę jednak, że prawdziwa walka kobiet i mężczyzn, feministyczne cele oraz aktywność na rzecz demontażu ohydnych patriarchalnych wzorców kulturowych – że to wszystko toczy się w zupełnie innych miejscach, aniżeli sale kinowe z Barbie. realna walka, to realne ofiary systemu, tragedie pojedynczych kobiet, arogancja państwa. zresztą o czym my mówimy! kraj nad Wisłą jest najdobitniejszym przykładem tego, jak wiele jeszcze jest do zrobienia, nie tylko w materii legislacyjnej, ale w sferze autentycznych zmian mentalnych, kulturowych i pokoleniowych!

życzyłbym sobie i nam wszystkim jak najwięcej sił, determinacji i rewolucji. patriarchat zdechnie! damy radę! ... bo żadna magiczna sztuczka nie wyzwoli kobiet z okowów opresyjnej kultury wyzysku, kato-faszyzmu i patriarchalnych kodów stanowiących podglebie całego tego syfu wokół nas. to nie Barbieland. walczyć musimy wszyscy!

 
Czytaj dalej...