:: [myśl i mowa] – słów kilka przed Nowym Rokiem...
miało być tak pięknie...
jeszcze kilka miesięcy temu podcastowych planów związanych z nowymi odcinkami miałem naprawdę sporo! niestety stan zdrowia nie pozwolił mi na ich zrealizowanie w czasie, w jakim chciałem to zrobić. ta paromiesięczna obsuwa nie poszła jednak na marne i mam nadzieję, że w najbliższym czasie wynagrodzę potencjalnym słuchaczkom i słuchaczom to długotrwałe podcastowe milczenie.
łączę punkty, łażę sobie po głowie, a mały psychologiczny licznik Geigera rejestruje te wszystkie moje myślotrzaski w warunkach cieplarnianego pomieszczenia obserwacyjno-informacyjnego.
ani mi z tym źle, ani dobrze. zawsze po tym wszystkim czuję się jakbym wypluwał z siebie dłuuuugi pasek zakodowanych zdań oznajmiających, dekodowanych po przeciwnej stronie okrągłego stolika z Ikei (model coś jak modern retro, neutralny wizualnie), na którym leży pudełko z jednowarstwowymi chusteczkami. nigdy z nich nie korzystałem; znamienne, że kojarzą mi się one z ewentualnością wysmarkania się, a nie [wy]płakania...
Zeszły piątek, to kawałek, który (podobnie jak cała płyta EWY BRAUN – Love Peace Noise) pozostaje ze mną od bardzo, bardzo dawna. ten wyjątkowy słupski zespół wdrukował się w umysły setek ludzi mojego pokolenia i stanowił jeden z najważniejszych puzzli, z jakich złożona była niezależna scena HC/punk lat dziewięćdziesiątych. EWA BRAUN tworzyła coś daleko wykraczającego poza schemat punkowej społeczności, a warstwa tekstowa do dziś ujmuje oryginalnością!
myślę o tym od co najmniej tygodnia. wtedy po raz pierwszy przez radio otrzymałem informację i polecenie bycia gotowym na opuszczenie bazy. gdy powtórnie potwierdzałem przyjętą wiadomość, zmroziło mnie, jakkolwiek absurdalnie brzmi to w miejscu, w którym -50 stopni, to nic nadzwyczajnego. gapiłem się w radiowy wyświetlacz z częstotliwością i “bez odbioru” rzucone, z tamtej strony, rozbrzmiewało mi echem w głowie.
zatem opuszczam to miejsce...
szwedzka szkoła blackened crust w mistrzowskim wydaniu! tej skandynawskiej maniery grania nie da się pomylić z czymkolwiek innym! pobrzmiewają tu nuty SKITSYSTEM, czy MARTYRDÖD, ale MYTERI w oryginalny sposób wymyka się schematom, tworząc neocrustowy, nostalgiczny, a zarazem wściekły klimat. całości dopełniają fenomenalne teksty!
ogień!
żarówki pękają jedna po drugiej, gasnąc w jednej linii, aż po horyzont. wypełnione nadmiarem ładunków elektromagnetycznych, sypią iskrą i szkłem... w tej nowo powstałej ciemności rodzi się kłębowisko wściekłych, ślepych i kolczastych emocji. powietrze wypełnia ciężka zawiesina; im mocniejsze pragnienie dosięgnięcia celu w gęstym bezwidzie, tym więcej niecelnych ciosów. strata energii i bezsilność...
znany i lubiany na DIY scenie mocarny crust/death/grind z Breslau. świetnie sklejone deathmetalowe brzmienia z agresją grindcore'a i crustowym brudem + antysystemowy i antyreligijny przekaz...
nie zapominamy o tym, co wydarzyło się 42 lata temu, kiedy to wojskowy reżim Jaruzela na smyczy ZSRS, wprowadził stan wojenny. pamiętamy o ofiarach komunistycznych zbrodniarzy i o wspaniałej postawie klasy robotniczej, o solidarności, pomocy wzajemnej i sprzeciwie wobec zniewolenia i poniżenia!
I won't accept this life
A victim of your oppression
To be enslaved and sell my soul to the other side
Never be your fucking puppet
NASUM – Wrath
|discrust
:: Das Sein bestimmt das Bewusstsein
szarobrązowy roztop zalegający koleinami, spływający w kratki ściekowe. wieczorne powietrze z domieszką smogu; słodkawy posmak na języku i wkurwiający wiatr docierający do każdej kości... w słuchawkach MAGRUDERGRIND odseparowuje mnie od dźwięków betonowej kolonii ludzkiej. kałużowe rozbryzgi w świetle samochodowych lamp. latarnie rzucające blade, żółte placki. wszystko w mglistym rozmazie, ciut nierzeczywiste, rzeczywiste jedynie połowicznie. śmierdzi spaliną i letargicznym zakołysaniem. labirynt bloków z małymi oświetlonymi otworkami; rzędy kolorowych zasłon i rolet, a za nimi kaloryferowe ciepło unoszące zapachy żarcia, potu, perfum i ciał chłonących netfliksy.